2.12.18

Happy life

Och, ileż to miesięcy minęło odkąd ostatni raz się tu udzielałam? Gdy tak teraz sobie spojrzałam w datę poprzedniej notki, to cztery. Prawie cztery. Gdybym się wstrzymała jeszcze do wtorku, to wyszłyby równe cztery miesiące, lecz tak naprawdę to wcale nie jest ważne. Po co tu dziś przyszłam? Już dawno rozważałam napisanie czegoś z bardziej pozytywnym wydźwiękiem, ale uznałam, że najlepszym momentem na blogowanie jest ten, w którym mam całą masę rzeczy do zrobienia, ale każda wymówka jest dobra byleby tylko tych rzeczy nie robić. Teraz powinnam pisać licencjat (podejście numer trzy w ciągu trzech lat, no ale bronić się będę już w lipcu, więc wyjdą cztery lata, choć to też jest mało istotne; grunt, że wciąż próbuję, prawda?), ale po co pisać licencjat skoro mogę napisać notkę na tymże moim wspaniałym blogu. Zdałam sobie właśnie sprawę, że jakoś w październiku/listopadzie przyszłego roku temu blogowi stuknie 10 lat! Ile razy mnie kusiło, by wszystko stąd pousuwać, ale zawsze coś mnie przed tym blokowało. Cieszę się, że jednak tego nie uczyniłam. Ta strona to jest jednak taki mój mały pamiętniczek, który, co prawda, inni mogą bezkarnie czytać, no ale kto to tam czyta... jedna, dwie, może trzy osoby? I tak dziw mnie bierze, że komuś chce się czytać te bezsensowne wypociny... No dobra, dobra! Ale ja nie o tym w ogóle chciałam. Użyłam wcześniej słów "cieszę się" i wiecie co? Poza tym, że nie usunęłam bloga, cieszy mnie jeszcze wiele innych rzeczy. Warto zaznaczyć, że w ciągu tych czterech miesięcy kilka rzeczy się u mnie pozmieniało. Jakoś w drugim tygodniu września zaczęłam pracę, w której w końcu nie muszę użerać się z klientami twarzą w twarzą, nie muszę pracować fizycznie, i która nawet mnie tak nie denerwuje. Wiadomo, zdarzają się słabsze momenty, jak to w każdej pracy chyba, ale potem koledzy i koleżanki z pracy zaczynają śmieszkować i stres jakoś sam przechodzi. Wróciłam na moje nieszczęsne studia, o czym chyba już tu raz wspominałam. Nie jest to nowy kierunek, od podstaw - muszę tylko zaliczyć kilka przedmiotów czyli odrobić tzw. różnice programowe i, jak już mówiłam na początku, napisać licencjat. I tym razem mi się uda, ja w to wierzę! Zaczęłam częściej wychodzić z domu, głównie dlatego, że pracuję dziennie po 8 godzin, a nie po 12 co dwa dni jak to miało miejsce rok wcześniej. Łatwiej jednak zorganizować sobie wolny czas, gdy ma się wolne dwa dni z rzędu niż takie jeden na jeden, nie mówiąc już o zmęczeniu i powrotach do domu o 3 w nocy. I to nie po imprezie, a po pracy, huh. No ale tamta praca już mnie nie interesuje, już jej nie ma, powinna odejść w niepamięć. Teraz jest wesoło. Mam lekką pracę, żyję ze świadomością, że być może w lipcu (albo we wrześniu) będę mogła wreszcie pochwalić się wyższym, po jakichś siedmiu albo ośmiu latach, ale starsi ludzie zdają licencjaty czy magistry, więc wcale nie jest tak źle. No i wracając do tego, że zaczęłam wychodzić z domu - ostatnio udało mi się pojechać do Warszawy na koncert koreańskiego zespołu South Club. I to nawet nie był taki klasyczny boysband, a zespół - z basistą, gitarzystą, perkusistą, no i oczywiście, wokalistą. Bardzo się cieszę, że dałam się namówić na ten wypad, ale nawet długo mnie nie trzeba było namawiać. O ile dobrze pamiętam, to wyglądało jakoś tak, że osoba, którą strasznie ucieszyła wieść o South Club w Polsce, powiedziała mi o tym, a ja po krótkiej chwili namysłu stwierdziłam, że jedziemy. Potem o tym nie myślałam, a w pewnym momencie, im bliżej daty wydarzenia, tym bardziej nierealne mi się to wydawało. Zresztą, zawsze tak mam, gdy czeka mnie jakieś ważne wydarzenie, pewnie dlatego, że stosunkowo rzadko wybieram się na tego typu eventy. Ale może właśnie to i lepiej, że na koncerty czy podobne wydarzenia chodzę/jeżdżę raz na jakiś czas. Dzięki temu owe wydarzenie jest takie wyjątkowe, a jakbym latała na koncerty co chwilę, to pewnie już bym na nie nie latała, bo prawdopodobnie by mi się to znudziło. Zwłaszcza, że nienawidzę tłumów. W każdym razie koncert się odbył, ja się spotkałam z bardzo fajną osobą, którą widziałam na oczy po raz drugi w życiu i mam nadzieję, że ten drugi raz nie był ostatnim, no i poza tuzinem zdjęć w telefonie, koszulką, zdjęciem gitarzysty z bitch facem, niedomytą ręką, na której napisano mi numerek i wymerdaną, papierową opaską przywiozłam miłe wspomnienia! Lubię takie wypady, zawsze mnie jakoś odrywają od rzeczywistości, psychicznie czuję się lepiej, gdy gdzieś się z kimś włóczę niż jak tak kolejny weekend spędzam bezproduktywnie przed ekranem laptopa. I teraz właśnie miałam taki weekend podczas to którego miałam ambitnie pisać ten licencjat, a wyszło jak zwykle. Jednocześnie odsypiałam też moje nocne i popołudniowe zmiany, i chyba wyspałam się za wszystkie czasy, a teraz mnie czeka wstawanie o 6 rano. Trochę tęskniłam za tymi wczesnymi pobudkami, bo chyba jednak wolę mieć coś dnia niż tak przed pracą robić wszystko w biegu, no ale nieważne. Cóż jeszcze mogę rzec? Mogę rzec tyle, że te listopadowe weekendy były takie przyjemne, a grudzień z kolei będzie dosyć męczący - bo zaliczenia, bo święta. Och tak, nie wspominałam o jednej bardzo poważnej wadzie mojej pracy - dostałam tak wspaniały grafik, że w Sylwestra czeka mnie nocna zmiana. How nice. Wciąż mam jednak nadzieję, że uda mi się zrobić cokolwiek, by tej nocki uniknąć, a jeśli nic nie zdziałam to, no cóż, szampan bezalkoholowy, dobre żarcie i jakiś fajny animiec - i jedziemy z nocką w Sylwestra, lol. 

Trochę tu dziś namotałam, ale można powiedzieć, że żyję i naprawdę mam się całkiem dobrze. Chyba przez pracę i myślenie o studiach nie mam czasu na myślenie o pierdołach, ale może to i lepiej?

Tymczasem możemy jeszcze powspominać. To zagrali aż dwa razy!

1 komentarz:

  1. Czytam to w pracy i aż chce mi się żyć, bo listopad był dobrym miesiącem i w ogóle ten rok jakiś taki mniej parszywy, a na koniec jeszcze South Club. Najlepszy koncert ever, bo najlepsze towarzystwo. <3 ILY. TT

    OdpowiedzUsuń