27.7.18

Życie, życie

Dziś będzie o wszystkim i o niczym, czyli jak zwykle.
Obecny rok, póki co, jest bardzo spokojny i, pod pewnymi względami, samotny. W porównaniu z moim dotychczasowym stylem życia (o ile mogę to tak nazwać), w tym roku mogę uznać samą siebie za typowego no-life'a. Gdyby nie fakt, że trzeba było wychodzić do pracy, a czasem załatwić coś w stylu wizyty u lekarza, w urzędzie skarbowym, etc. to zaszyłabym się w tym małym mieszkanku, w którym sobie pomieszkuję, żywiąc się jedzeniem na wynos. Ilość spotkań ze znajomymi mogę dosłownie policzyć na palcach jednej ręki. No może dwóch. Ciężko się było zorganizować na jakieś konkretne spotkanie z drugą osobą, podczas gdy każdy, kogo znam zaczyna pracę o godzinie 7/8/9, a kończy o 15/16/17, od poniedziałku do piątku. Ja też czasem kończyłam o 15, a czasem o 23. A jeszcze wcześniej czasem kończyłam o 23, a czasem o 2 w nocy. A od jakiegoś miesiąca w ogóle nie kończę pracy, bo jej nie mam. Znowu. Tym razem na własne życzenie, ale myślę, że to była kwestia czasu, aby to szef sam mi dał wypowiedzenie. Z jednej strony mam taką małą satysfakcję, że tym razem to ja odeszłam, z drugiej jednak strony...wszyscy widzieli, że się nie nadawałam. Ale nie ma co się zagłębiać w ten temat. Siedzę sobie na dupce i rozważam sens życia, jeszcze bardziej pogrążając się w swoim świecie. Dobrze, że mam jeszcze obok tego chłopaka, do którego mogę otworzyć dziób i pooglądać z nim Pokemony. Jesteśmy dwoma niedojrzałymi debilami bez studiów (już niedługo!), którzy wolny czas spędzają przed ekranami, ale dobrze nam razem. No i tak to właśnie wygląda. Inni ludzie się spełniają, mają magistry, robią doktoraty, rozwijają się, mają fajne, poważne prace, a do tego stać ich na to, by ten lipiec, zamiast przed kompem, spędzić w Grecj...no dobra, Grecja nie jest dobrym przykładem, zważając na ostatnie wydarzenia. No w każdym razie stać ich na to, by znosić ten upał w innym kraju niż Polska, bo w innych krajach ów upał wydaje się być mniej uciążliwy. A ja licencjat zdam dopiero w przyszłym roku (mam taką nadzieję), pracy nie mam żadnej, nigdy nie pracowałam w miejscu związanym z moim super filologicznym kierunkiem, pomijając udzielanie korepetycji z angielskiego przez jakieś półtora roku, nie potrafię zdobyć motywacji na to, by się jakoś rozwinąć. Próbuję się uczyć tego japońskiego, ale wciąż ograniczam się tylko do słuchania, a nie po to kupiłam sobie dwa, piękne zeszyty, które na razie leżą na półce i się kurzą. To nie jest tak, że ja tylko tak biadolę i nic nie robię, ja naprawdę codziennie obmyślam nad tym, co zrobić by się stać lepszym człowiekiem. Na ten moment wiem jedno - od września chciałabym wznowić moją karierę korepetytora, na pewno wiele z tego wyniosę (tak ironicznie, lol), ale to jest jedyna praca, która mi odpowiada. Nawet pomimo kontaktu z ludźmi. Oczywiście, chcę uczyć tylko dzieci z podstawówki, hehe.
Cóż mogę jeszcze dodać? Ach tak, w nawiązaniu do poprzedniego wpisu - dziś znów jadę na koncert. Tym razem mamy miejsca na trybunach, więc jakbym znów się miała znudzić, to podkulę nogi na swoim siedzeniu i jeszcze raz coś tu napiszę. Ale raczej nie powinnam, bo to Iron Maiden, a Iron Maiden są spoko i tak urządzają swoje koncerty, że nie da się na nich nudzić.

3 komentarze:

  1. I tak oto uzyskałam potwierdzenie, że pojechałaś na koncert. Czekam na relację, tutaj czy prywatnie. Nie zgub się. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje nołlajfienie trwa większość życia, no ostatnio trochę wyszłam do ludzi, ale coś teraz nie mam na to ochoty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach...jest w tym coś przytłaczającego, co? Da się do tego w ogóle przyzwyczaić? Momentalnie zaczęłam się martwić, że całkowicie zdziczeję i znów nie będę potrafiła normalnie rozmawiać z ludźmi.

      Usuń