27.4.18

Samotność.

Samotność.
Znowu zaczynam biadolić nad swoim marnym, biednym losem, gdyż ostatnimi czasy moje życie polega na tym, że chodzę do pracy, a potem wracam do małego, ciasnego mieszkanka, po drodze robiąc zakupy, i sprzątam oraz gotuję. A jak wszystkie podstawowe czynności zostają wykonane, to przylepiam się do laptopa i przez większość czasu czytam mangi. A jak nie czytam mang, to i tak siedzę przylepiona do ekranu. Bo tak jest najłatwiej. Moja nauka japońskiego poszła się paść, ale staram się nie poddawać i jak te dziewczyny, które codziennie przechodzą na dietę, mówię sobie "Od jutra!". Tak. Jak na razie to "jutro" nie następuje wcale, ale język japoński jest mi bliski, gdy w przerwie od czytania mang, oglądam anime albo czytam mangę w akompaniamencie tzw. CD dram. Fajnie jest znowu siedzieć w tym hobby, ale ostatnio zdałam sobie sprawę, że znów dopadła mnie swego rodzaju samotność. W zasadzie, to owa samotność dokucza mi od jakichś dwóch tygodni, a powody są wszelakie, ale na ich temat nie będę się rozwodzić. Na całe szczęście dziś i tak się troszkę rozchmurzyłam, bo w dzień wolny, wyjątkowo nie zamulałam od rana w czterech ścianach, a wyszłam z domu, gdyż miałam sprawy do załatwienia. Każdy pretekst do wyjścia z domu jest dobry. Byłam nawet gotowa zostać u mamy i trochę z nią posiedzieć, ale Pan Sąsiad, który nagle zaczął wiercić bardzo skutecznie wybił mi ten pomysł z głowy. Tym sposobem, od rana do teraz siedzę sama, nawet nie jak palec, bo ten przysłowiowy palec to przecież ma obok towarzystwo! (Zawsze mnie zastanawiało skąd się wziął ten "palec", przecież on wcale nie jest sam.) Już nawet te mangi mnie chwilowo znudziły i cała reszta zaczęła wydawać się jakaś nijaka. Obserwuję na Instagramach i Snapchatach, że ludzie sobie jeżdżą na koncerty (tak, nawiązuję m.in. do wczorajszych koncertów Miyavi'ego i Macklemore'a w Warszawie), mają zaplanowane wypady na majówki, a ja od dwóch tygodni słyszę (a może bardziej czytam) od każdego "nie mogę, bo już jestem umówiona do kina", "nie mogę, bo jadę na panieński", "nie mogę, bo idę pić ze znajomymi z pracy", "nie mogę bo nie"... Nie wiem, być może to jakaś kara od losu za to, że swego czasu, to ja miałam w dupie wszystkich, ale hej! W końcu sama z siebie też się odzywałam! Inicjowałam spotkania! Przepraszałam! No, może nie wszystkich... I może właśnie o to chodzi? Może to kara za to, że pewne znajomości urwałam i nigdy więcej się nie odezwałam, a teraz narzekam na to, że inni ludzie mają mnie w dupie, a nie powinnam, bo sama się o to prosiłam? Ale przecież...na pewno nie jestem jedyną osobą, która zachowuje się w ten sposób. Ja po prostu jestem jakimś beznadziejnym przypadkiem. Nie warta tego wszystkiego. A po takim czasie nie miałabym nawet odwagi odezwać się do tych ludzi, bo biłoby ode mnie desperacją na kilometr. I ktoś mógłby sobie pomyśleć "No tak, odzywasz się łaskawie tylko dlatego, że wszyscy się na Ciebie wyjebali?". Chyba jeszcze nie miałam w życiu takiej sytuacji i nie chciałabym mieć. A to oznacza tylko jedno. Musi pozostać tak jak jest. 

Samotność.
Czasami nie jest nawet taka zła. No ale ileż można?

7 komentarzy:

  1. Wiesz, zawsze, gdy ktoś pisze o samotności, zaraz zaczynam pytać siebie, czy i mi ona doskwiera. Ze zdziwieniem stwierdzam, że nie, a potem zastanawiam się, czy może okłamuję siebie w tej kwestii. Chyba przyzwyczaiłam się do spędzania czasu samotnie, bo nie miałam wyjścia. Na pewnym etapie, tak jak Tobie, towarzyszyło mi wiele rozterek związanych z różnymi znajomościami. Też zastanawiałam się, kto powinien odezwać się pierwszy, czemu nie mam ochoty nikogo widzieć i czy z czasem przyjdzie mi za to zapłacić - za milczenie. Ale nagle stało się to tak naturalne - niespotykanie z ludźmi - że nie czuję samotności, chyba od lat. I to nie tak, że nie mam ochoty na spotkania, mam owszem, ale ze znajomymi, którzy tak jak Twoi, mają swoje plany, które nie obejmują mnie, z różnych powodów (głównie odległościowych). Nie wiem, też czasem nie chcę wyjść na desperatkę. Nie wiem, czemu w świecie dorosłych wszystko ma ukryte znaczenie i nie można tak po prostu zaproponować “hej, spotkajmy się” bez brzmienia podejrzanie. Nie wiem, ale o ile spędziłabym z kimś czas, to nie chce mi się z nikim rozmawiać, a przecież tak się nie da. Tak naprawdę myślę, że nie mogę być samotna, bo nawet jeśli moja monotonia dnia codziennego nie różni się do Twojej, to nie mieszkam sama, więc codziennie odczuwam obecność ludzi. Nawet w pracy, niby pracuję, ale w międzyczasie można porozmawiać z innymi współpracownikami, a do tego przez sklep przewija się dużo osób, ciągle się coś dzieje, ciągle rozmowy, ciągle ludzie. W pracy, na mieście, w autobusie, w domu. Może powinna towarzyszyć mi samotność w tłumie, czy coś takiego, ale nie. Im dłużej o tym myślę, to chyba wychodzi na to, że cierpię na samotność związaną z nieobecnością konkretnych osób, ale jak nie pomyślę o tych osobach, to właściwie niczego mi nie brakuje, żadnych spotkań, niczego, jakbym się kiedyś poddała i przyzwyczaiła, że moje życie nie może wyglądać inaczej i wszyscy są gdzieś daleko, poza moim zasięgiem. Wydaje mi się, że każdego czasem dopada ten beznadziejny stan, gdzie mamy wrażenie, że wszyscy żyją mocniej i prawdziwej wśród innych, a tymczasem my nie mamy nawet tych zdjęć na pamiątkę, że coś się wydarzyło, bo niby jak, skoro się nie wydarzyło. Ale to nieprawda. Nieprawdą jest też kara za jakieś błędne “rozegranie” znajomości. Nawet tak nie myśl. Ostatecznie czas spędzony w samotności też nie jest zły i może trwać długo, nawet za długo, ale może takie przerwy i zastoje w życiu towarzyskim też są potrzebne. Nie wiem. Zależało mi na tym, aby odnaleźć spokój w byciu samej ze sobą i chyba trochę mi się udało, i jeśli potrafię żyć bez innych i nie czuć przygnębienia z powodu tego, że wszyscy mają teraz zaplanowaną super majówkę, podczas gdy ja będę siedzieć domu i nie robić nic, to wiem, że potem, gdy przyjdzie mi się z kimś spotkać, z kimś wyczekiwanym lub z kimś kogo lubię, to będę prze szczęśliwa, jakbym wygrała milion. Wiesz, gdybyśmy nie mieszkały od siebie tak daleko, razem mogłybyśmy wyskoczyć na majówkowy spacer, skoro obie nie mamy planów. Ale co zrobić? Jednak pozostaje nam smutek. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Generalnie to ja też zdążyłam się do tej samotności przyzwyczaić i czuję się z tym całkiem dobrze, ale czasem właśnie brakuje mi takiej osoby, której w każdej chwili mogę napisać "hej, mam dziś wolne, chodźmy na kawę" albo "właśnie skończyłam pracę, wiem, że Ty też, chodźmy na spacer". Kiedyś taką miałam, ale teraz poza dystansem emocjonalnym też nas dzieli taki fizyczny. I tak już dojrzałam do tego stanu rzeczy, bo będąc młodszą też zdarzało mi się miewać takie dni, że każdy gdzieś z kimś wychodził, a ja zostawałam sama i strasznie nad tym ubolewałam. A teraz, tak jak w Twoim przypadku, jest to już takie naturalne, że po tej skończonej pracy wracam do domu i zamiast myśleć o tym z kim i gdzie się dziś (nie) wybiorę, to myślę o tym, jaką mangę dziś przeczytam. Ja może nie jestem tak całkowicie sama, bo mieszkam z chłopakiem, ale wiesz, on też chodzi do pracy, ma swoich kolegów, z którymi nie łączy mnie nic, poza tym chłopakiem, mają swoje tematy, swój sposób spędzania czasu i nawet jak z nimi siedzę, to się czuję taka...obca. Po prostu siedzę wtedy przylepiona do ekranu i mam swój świat, więc jakoby mnie tam nie było.
      Smutne jest właśnie trochę to, o czym mówisz - wszyscy żyją sobie jakoś, a my nie mamy nawet tych pamiątkowych zdjęć. Dlatego ostatnio robię przynajmniej zdjęcia widoczków albo jakichś konkretnych przedmiotów, np. jedzenia, haha. Doprowadziłam się już do takiego stanu, że bardzo ucieszyło mnie zrobione wcześniej zdjecie mojego obiadu XD
      I coś też w tym jest, że takie drobne rzeczy jak właśnie długo, nawet przez lata wyczekiwane, spotkanie takich ludzi jak my cieszy i satysfakcjonuje o wiele bardziej niż tych, którzy codziennie się z kimś spotykają i po miesiącu takich intensywnych spotkań wręcz dążą do tego, by być w końcu samemu. A my jesteśmy w stanie celebrować każde najmniejsze wydarzenie :)
      Ojojoj, to byłoby miłe, jakbym mogła wyskoczyć z Tobą na taki spacer i Cię przytulić. Już Ci kiedyś zresztą pisałam, że czasem jak czytam Twojego bloga, to mam ochotę Cię przytulić.

      Usuń
    2. Ech, mi też czasem brakuje takiej osoby, wszyscy są za daleko. Też nie raz ubolewałam nad tym, że każdy wychodzi, a mi pozostaje siedzenie w domu, a potem miałam ciężki czas i przestałam wychodzić, nawet gdy miała zaproszenia. Chyba unikałam ludzi, bo chciałam uciec przed sobą. Jakie to wszystko głupie, gdy pomyśli się o tym z perspektywy czasu.

      Jednak mężczyźni mają swój świat, a kobiety swój, a nawet jeśli można te światy połączyć, to każdy, nawet będąc w związku, potrzebuje też spotkań z innymi ludźmi. Nie wspomniałaś o nim we wpisie, więc pomyślałam, że może zerwaliście, albo że stało się coś innego, ale nie śmiałam pytać. Tak już mam, dużo rozmyślam, nigdy nie zadaję pytań i nigdy nie twierdzę, że coś wiem. ;)

      Też robię dużo zdjęć, takich zwykłych, codziennych, a potem zastanawiam się po co mi one. xD Mimo to przechowuję wybrane na pendrive. Jak sama gotowałaś obiad, to i zdjęcie jak najbardziej uzasadnione i może cieszyć. Niektórzy narzekają, że po co ludzie robią teraz zdjęcia wszystkiemu i wrzucają np. na instagram, ale czemu nie, przecież nie ma nic złego w dokumentowaniu codzienności.

      Mnie przytulić? No tak, nadal smęcę na tym moim blogu. ^^" Niby zbieram się do tego, aby napisać o czymś miłym, bo właściwie to nie posiadam wiele niemiłych myśli w tej mojej głowie, ale wychodzi na to, że ostatnio zajmuję się innym głupotami, gdy siedzę przy komputerze i trudno skupić mi się na pisaniu. xD Może kiedyś uda nam się pójść razem na spacer i wtedy wyściskasz mnie jak nikt inny, bo jak nikt inny nie znasz tak dokładnie moich czarnych myśli. Kiedyś, czyli w wieku gimnazjum, byłam bardzo wylewna i jak coś leżało mi na sercu, to potrafiłam wprost o tym opowiedzieć i wypłakać się przy drugiej osobie, a teraz, niektóre rzeczy nie potrafią mi nawet przejść przez gardło. Dorosłość robi z człowiekiem dziwne rzeczy. ;) Pisanie jest łatwiejsze i mniej stresujące; można wszystko ująć i przeanalizować na spokojnie i marudzić do woli, bez obawy, że przygniatamy naszymi słowami drugą osobę. Bycie w pozycji osoby pocieszającej też bywa niełatwe. Jej, jak tak sobie myślę, to ostatni raz ktoś mnie przytulił dawno. W ogóle dorastałam nie przytulana, lub rzadko miałam okazję kogoś przytulać, więc nie wiem, może powinnam przejść terapię szokową, podobno przytulanie działa cuda. ;)

      W ogóle jesteś kochana, że tak o mnie myślisz. Dziękuję. :)

      Usuń
    3. Ale wiesz, myślę, że dobrze jest, gdy człowiek potrafi się z taką samotnością oswoić. Na początku jest ciężko, ale im dłużej tkwi się w takim stanie, tym łatwiej jest w sytuacjach, gdy chcesz wyjść z domu i po prostu to robisz. Znam osoby, które, jak nie miały z kim wyjść na głupi spacer nawet, to po prostu na ten spacer nie szły, bo jak to tak samemu.

      Ach, bo on nie zasługuje na to, żeby o nim pisać na blogu XDD a tak na serio, to próbuję grać ten typ laski, która postanowiła przestać się obnosić publicznie w sieci, że ma chłopaka, haha

      Akurat wrzucanie zdjęć na Instagram to osobny temat - mam wrażenie, że ludzie poświęcają czasem mnóstwo czasu, żeby ogarnąć idealne zdjęcie, np. croissanta i hipsterskiego kubka z napisem "Make yourself happy!"na białym tle, co faktycznie jest ładne i można nazywać swego rodzaju sztuką, ale no kurde, bez przesady. Ja też się staram, co prawda, uchwycać jak najmniejszy syf na tego typu zdjęciach, ale bez przesady XD

      Wiesz, zauważyłam, że blogi często służą do tego, aby się właśnie wyżalić. Nawet nie wiesz, czy w ogóle ktoś to czyta (znaczy no, ja czytam!), ale jakoś lżej się robi jak już się opublikuje tę notkę. Jak sobie jednego dnia przejrzałam historię tego bloga, to też w większości tylko biadoliłam, ale to jest jakaś terapia.
      Za dzieciaka wiele rzeczy przychodziło chyba z większą łatwością. Ale tak jak mówisz, pisanie jest łatwiejsze i można się na spokojnie zastanowić, co chce się przekazać.

      No widzisz, czyli dobrze myślałam, że jednak jesteś osobą, która potrzebuje tego, żeby ją tak raz, a porządnie przytulić :c

      Usuń
    4. O, dopiero zauważyłam, że odpisałaś. Bo zrobiłaś to kilka dni później i tak weszłam tutaj z ciekawości... Nie chcę na nowo rozkręcać dyskusji, ale fajny z Ciebie typ laski. ;) W sumie to czasem fajnie wstawić zdjęcie z chłopakiem i nie to że krytykuję innych, którzy swoje konta poświęcają na celebrację miłości umieszczając codziennie mnóstwo zdjęć razem, ale jeśli o mnie chodzi, nie potrafiłabym tak.

      Widzę, że też przeglądasz historię swojego bloga. hehe. Czasem jak czytam siebie samą, to mam dziwne wrażenie, że nie mogłam tego pisać ja. Ale napisanie o tym czymś, ze złością i żalem skierowanym w stronę całego świata, daje dużą ulgę, nawet jeśli po czasie okazuje się, że wcale tak źle nie myślimy o sobie, czy innych.

      Serio, chyba powinnam chodzić z tabliczką "free hugs". xD Nie wiem, czy dla innych stanowi to jakąś różnicę, ale dla mnie bycie przytulonym, a przytuleniem kogoś robi wielką różnicę i o ile chętnie przytulam swoich znajomych na powitanie, czy pożegnanie(a to i tak zawsze wychodzi z obustronną intencją), o tyle bycie przytuloną wydaje mi się zawstydzające i niezręczne, bo jak to tak, ktoś chciałby mnie przytulić, tak po prostu. Ale ja wiem, ja za dużo analizuję. Może dlatego tak lubię Koreę z tą całą otwartością fizyczną i "macankami", a może tak bardzo lubię ludzi, którzy potrafią naturalnie kogoś przytulić bez analizowania. Taki Minhyuk z Monsta X, jak widzi Jooheona to od razu otwiera w jego stronę swoje ramiona. Tak. xD Mnie już raz ktoś porządnie przytulił i wiedziałam, w tamtym momencie, że to chyba ostatni raz, i powiedziałam sobie, że ma mi to dać siłę na długie lata. I wiesz co, jak ja siebie nienawidzę, że do takich rzeczy dorabiam fałszywą ideologię. ajknkgnuihjighh

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. W moim przypadku też spotkania ze znajomymi ostatnio nie wypalają. W efekcie z nikim nie widziałam się przez 2 miesiące.

    OdpowiedzUsuń