2.12.18

Happy life

Och, ileż to miesięcy minęło odkąd ostatni raz się tu udzielałam? Gdy tak teraz sobie spojrzałam w datę poprzedniej notki, to cztery. Prawie cztery. Gdybym się wstrzymała jeszcze do wtorku, to wyszłyby równe cztery miesiące, lecz tak naprawdę to wcale nie jest ważne. Po co tu dziś przyszłam? Już dawno rozważałam napisanie czegoś z bardziej pozytywnym wydźwiękiem, ale uznałam, że najlepszym momentem na blogowanie jest ten, w którym mam całą masę rzeczy do zrobienia, ale każda wymówka jest dobra byleby tylko tych rzeczy nie robić. Teraz powinnam pisać licencjat (podejście numer trzy w ciągu trzech lat, no ale bronić się będę już w lipcu, więc wyjdą cztery lata, choć to też jest mało istotne; grunt, że wciąż próbuję, prawda?), ale po co pisać licencjat skoro mogę napisać notkę na tymże moim wspaniałym blogu. Zdałam sobie właśnie sprawę, że jakoś w październiku/listopadzie przyszłego roku temu blogowi stuknie 10 lat! Ile razy mnie kusiło, by wszystko stąd pousuwać, ale zawsze coś mnie przed tym blokowało. Cieszę się, że jednak tego nie uczyniłam. Ta strona to jest jednak taki mój mały pamiętniczek, który, co prawda, inni mogą bezkarnie czytać, no ale kto to tam czyta... jedna, dwie, może trzy osoby? I tak dziw mnie bierze, że komuś chce się czytać te bezsensowne wypociny... No dobra, dobra! Ale ja nie o tym w ogóle chciałam. Użyłam wcześniej słów "cieszę się" i wiecie co? Poza tym, że nie usunęłam bloga, cieszy mnie jeszcze wiele innych rzeczy. Warto zaznaczyć, że w ciągu tych czterech miesięcy kilka rzeczy się u mnie pozmieniało. Jakoś w drugim tygodniu września zaczęłam pracę, w której w końcu nie muszę użerać się z klientami twarzą w twarzą, nie muszę pracować fizycznie, i która nawet mnie tak nie denerwuje. Wiadomo, zdarzają się słabsze momenty, jak to w każdej pracy chyba, ale potem koledzy i koleżanki z pracy zaczynają śmieszkować i stres jakoś sam przechodzi. Wróciłam na moje nieszczęsne studia, o czym chyba już tu raz wspominałam. Nie jest to nowy kierunek, od podstaw - muszę tylko zaliczyć kilka przedmiotów czyli odrobić tzw. różnice programowe i, jak już mówiłam na początku, napisać licencjat. I tym razem mi się uda, ja w to wierzę! Zaczęłam częściej wychodzić z domu, głównie dlatego, że pracuję dziennie po 8 godzin, a nie po 12 co dwa dni jak to miało miejsce rok wcześniej. Łatwiej jednak zorganizować sobie wolny czas, gdy ma się wolne dwa dni z rzędu niż takie jeden na jeden, nie mówiąc już o zmęczeniu i powrotach do domu o 3 w nocy. I to nie po imprezie, a po pracy, huh. No ale tamta praca już mnie nie interesuje, już jej nie ma, powinna odejść w niepamięć. Teraz jest wesoło. Mam lekką pracę, żyję ze świadomością, że być może w lipcu (albo we wrześniu) będę mogła wreszcie pochwalić się wyższym, po jakichś siedmiu albo ośmiu latach, ale starsi ludzie zdają licencjaty czy magistry, więc wcale nie jest tak źle. No i wracając do tego, że zaczęłam wychodzić z domu - ostatnio udało mi się pojechać do Warszawy na koncert koreańskiego zespołu South Club. I to nawet nie był taki klasyczny boysband, a zespół - z basistą, gitarzystą, perkusistą, no i oczywiście, wokalistą. Bardzo się cieszę, że dałam się namówić na ten wypad, ale nawet długo mnie nie trzeba było namawiać. O ile dobrze pamiętam, to wyglądało jakoś tak, że osoba, którą strasznie ucieszyła wieść o South Club w Polsce, powiedziała mi o tym, a ja po krótkiej chwili namysłu stwierdziłam, że jedziemy. Potem o tym nie myślałam, a w pewnym momencie, im bliżej daty wydarzenia, tym bardziej nierealne mi się to wydawało. Zresztą, zawsze tak mam, gdy czeka mnie jakieś ważne wydarzenie, pewnie dlatego, że stosunkowo rzadko wybieram się na tego typu eventy. Ale może właśnie to i lepiej, że na koncerty czy podobne wydarzenia chodzę/jeżdżę raz na jakiś czas. Dzięki temu owe wydarzenie jest takie wyjątkowe, a jakbym latała na koncerty co chwilę, to pewnie już bym na nie nie latała, bo prawdopodobnie by mi się to znudziło. Zwłaszcza, że nienawidzę tłumów. W każdym razie koncert się odbył, ja się spotkałam z bardzo fajną osobą, którą widziałam na oczy po raz drugi w życiu i mam nadzieję, że ten drugi raz nie był ostatnim, no i poza tuzinem zdjęć w telefonie, koszulką, zdjęciem gitarzysty z bitch facem, niedomytą ręką, na której napisano mi numerek i wymerdaną, papierową opaską przywiozłam miłe wspomnienia! Lubię takie wypady, zawsze mnie jakoś odrywają od rzeczywistości, psychicznie czuję się lepiej, gdy gdzieś się z kimś włóczę niż jak tak kolejny weekend spędzam bezproduktywnie przed ekranem laptopa. I teraz właśnie miałam taki weekend podczas to którego miałam ambitnie pisać ten licencjat, a wyszło jak zwykle. Jednocześnie odsypiałam też moje nocne i popołudniowe zmiany, i chyba wyspałam się za wszystkie czasy, a teraz mnie czeka wstawanie o 6 rano. Trochę tęskniłam za tymi wczesnymi pobudkami, bo chyba jednak wolę mieć coś dnia niż tak przed pracą robić wszystko w biegu, no ale nieważne. Cóż jeszcze mogę rzec? Mogę rzec tyle, że te listopadowe weekendy były takie przyjemne, a grudzień z kolei będzie dosyć męczący - bo zaliczenia, bo święta. Och tak, nie wspominałam o jednej bardzo poważnej wadzie mojej pracy - dostałam tak wspaniały grafik, że w Sylwestra czeka mnie nocna zmiana. How nice. Wciąż mam jednak nadzieję, że uda mi się zrobić cokolwiek, by tej nocki uniknąć, a jeśli nic nie zdziałam to, no cóż, szampan bezalkoholowy, dobre żarcie i jakiś fajny animiec - i jedziemy z nocką w Sylwestra, lol. 

Trochę tu dziś namotałam, ale można powiedzieć, że żyję i naprawdę mam się całkiem dobrze. Chyba przez pracę i myślenie o studiach nie mam czasu na myślenie o pierdołach, ale może to i lepiej?

Tymczasem możemy jeszcze powspominać. To zagrali aż dwa razy!

14.8.18

Nie wiem.

Nie chcę być w żadnym z tych miejsc. Nie chcę być ani tutaj, ani tam. Z jednej strony jest mi przykro, że nie mam z kim wyjść z domu w sierpniowy wieczór, z drugiej strony w jednym domu marudzi mi nad głową chłopak, w drugim mama, a ja zaczęłam pragnąć świętego spokoju. Jestem okropnie niezdecydowana i jednocześnie straszna ze mnie hipokrytka. Mam swoje gry, komiksy, kreskówki i podręczniki do nauki języków. Po co mi rozmowy z ludźmi, którzy umawiają się na spotkanie tylko z grzeczności, a dzień przed z niego rezygnują, podając zupełnie niezrozumiały dla mnie powód? Chyba odpowiada mi moje noł lajfienie. Pragnę ciszy i warunków, aby skupić się na tym, co w danym momencie robię. Naprawdę nie rozumiem sama siebie. Albo chcę tych ludzi, albo ich nie chcę. A może po prostu już się przyzwyczaiłam do ograniczonego towarzystwa? Byle do października lub ewentualnego znalezienia pracy i może "oddziczeję" ponownie.
Huh.

27.7.18

Życie, życie

Dziś będzie o wszystkim i o niczym, czyli jak zwykle.
Obecny rok, póki co, jest bardzo spokojny i, pod pewnymi względami, samotny. W porównaniu z moim dotychczasowym stylem życia (o ile mogę to tak nazwać), w tym roku mogę uznać samą siebie za typowego no-life'a. Gdyby nie fakt, że trzeba było wychodzić do pracy, a czasem załatwić coś w stylu wizyty u lekarza, w urzędzie skarbowym, etc. to zaszyłabym się w tym małym mieszkanku, w którym sobie pomieszkuję, żywiąc się jedzeniem na wynos. Ilość spotkań ze znajomymi mogę dosłownie policzyć na palcach jednej ręki. No może dwóch. Ciężko się było zorganizować na jakieś konkretne spotkanie z drugą osobą, podczas gdy każdy, kogo znam zaczyna pracę o godzinie 7/8/9, a kończy o 15/16/17, od poniedziałku do piątku. Ja też czasem kończyłam o 15, a czasem o 23. A jeszcze wcześniej czasem kończyłam o 23, a czasem o 2 w nocy. A od jakiegoś miesiąca w ogóle nie kończę pracy, bo jej nie mam. Znowu. Tym razem na własne życzenie, ale myślę, że to była kwestia czasu, aby to szef sam mi dał wypowiedzenie. Z jednej strony mam taką małą satysfakcję, że tym razem to ja odeszłam, z drugiej jednak strony...wszyscy widzieli, że się nie nadawałam. Ale nie ma co się zagłębiać w ten temat. Siedzę sobie na dupce i rozważam sens życia, jeszcze bardziej pogrążając się w swoim świecie. Dobrze, że mam jeszcze obok tego chłopaka, do którego mogę otworzyć dziób i pooglądać z nim Pokemony. Jesteśmy dwoma niedojrzałymi debilami bez studiów (już niedługo!), którzy wolny czas spędzają przed ekranami, ale dobrze nam razem. No i tak to właśnie wygląda. Inni ludzie się spełniają, mają magistry, robią doktoraty, rozwijają się, mają fajne, poważne prace, a do tego stać ich na to, by ten lipiec, zamiast przed kompem, spędzić w Grecj...no dobra, Grecja nie jest dobrym przykładem, zważając na ostatnie wydarzenia. No w każdym razie stać ich na to, by znosić ten upał w innym kraju niż Polska, bo w innych krajach ów upał wydaje się być mniej uciążliwy. A ja licencjat zdam dopiero w przyszłym roku (mam taką nadzieję), pracy nie mam żadnej, nigdy nie pracowałam w miejscu związanym z moim super filologicznym kierunkiem, pomijając udzielanie korepetycji z angielskiego przez jakieś półtora roku, nie potrafię zdobyć motywacji na to, by się jakoś rozwinąć. Próbuję się uczyć tego japońskiego, ale wciąż ograniczam się tylko do słuchania, a nie po to kupiłam sobie dwa, piękne zeszyty, które na razie leżą na półce i się kurzą. To nie jest tak, że ja tylko tak biadolę i nic nie robię, ja naprawdę codziennie obmyślam nad tym, co zrobić by się stać lepszym człowiekiem. Na ten moment wiem jedno - od września chciałabym wznowić moją karierę korepetytora, na pewno wiele z tego wyniosę (tak ironicznie, lol), ale to jest jedyna praca, która mi odpowiada. Nawet pomimo kontaktu z ludźmi. Oczywiście, chcę uczyć tylko dzieci z podstawówki, hehe.
Cóż mogę jeszcze dodać? Ach tak, w nawiązaniu do poprzedniego wpisu - dziś znów jadę na koncert. Tym razem mamy miejsca na trybunach, więc jakbym znów się miała znudzić, to podkulę nogi na swoim siedzeniu i jeszcze raz coś tu napiszę. Ale raczej nie powinnam, bo to Iron Maiden, a Iron Maiden są spoko i tak urządzają swoje koncerty, że nie da się na nich nudzić.

13.6.18

Koncert.

Pamiętacie jak rok temu dodałam wpis będący podsumowaniem dwóch koncertów? Mianowicie były to koncerty System of a down i Guns'n'Roses odbywające się z odstępem dwóch - trzech dni między sobą. Bardzo dobrze się wtedy bawiłam, bo System to zespół, który słuchałam od gimnazjum, a Guns'n'Roses ma w miarę przyjemne kawałki i jak się nastrajałam na koncerty, to dobrze mi się ich słuchało w autobusie, w drodze do pracy. Także do dziś nie żałuję faktu, że byłam wtedy na tym Systemie i Guns'n'Roses, gdzie jeszcze rok wcześniej byłam też na czymś co się zwało Power Festival (pozdrawiam wspaniałą komunikację między Łodzią, a Opolem. Po koncertach, które skończyły się jakoś ok. północy do domu dotarłam o... 10 rano?), tam z kolei był taki zespół jak KoRn, który darzę sympatią jakoś na równi z Systemem. No i byłam również na moim "ulubionym" Iron Maiden, promującym wtedy nowo wydaną płytę. A tę znałam wtedy na pamięć i miło było poskakać do połowy piosenek z nowo wydanej płyty. Ogólnie, byłam w życiu na jeszcze kilku innych koncertach (pomijam te wszystkie darmowe eventy jak Juwenalia czy dni miasta. No i tu warto wspomnieć, że byłam na Block B! Mój jedyny koreański koncert w życiu, ach), ale tu chciałam wspomnieć o tych koncertach na które jechałam bardziej dla towarzystwa aniżeli sama z siebie. No i na każdym z wydarzeń było super, naprawdę nie żałuję, miło wspominam, cieszę się, że wtedy i wtedy tam pojechałam, pomimo jakichś tam początkowych wątpliwości, ale... Do czego dążę? Dążę do tego, że w tym momencie piszę tę notkę na telefonie, siedząc w katowickim Spodku. Tak, piszę sobie na blogu zamiast bawić się tam z ludźmi na koncercie. Pobawiłam się na Megadeth (zespole, który też już raz widziałam na żywo i faktycznie całkiem dobrze znam, a tu byli supportem), a jakoś w połowie gwiazdy wieczoru (którą jest zespół Judas Priest) wyszłam z sali, bo zdałam sobie sprawę z tego jak ja cholernie się tam nudzę. Poważnie. To jest chyba mój pierwszy raz, że idę na koncert i wychodzę w połowie, bo mi się nudzi. Nawet na tych darmowych koncertach tak nie robiłam, a też nie każdy zespół z tych występujących znałam. Może to kwestia atmosfery? Może to kwestia ludzi? Może to kwestia mojego nastawienia? Bo nawet nie czekałam na ten koncert. Te poprzednie budziły we mnie jakąś większą motywację. Nie ukrywam, że już kilkukrotnie mówiłam głośno "nie chcę jechać, sprzedam komuś te bilety". A wiem, że kolega mojego towarzysza bardzo chciał jechać. I ja głupia mogłam mu te bilety sprzedać. No cóż. Co się stało, to się nie odstanie. Kasa poszła, ja po raz pierwszy jestem w tym Spodku, zobaczyłam to Megadeth i generalnie to po tym Megadeth mogłabym wracać do domu. Tak się jednak rozglądam i widzę, że nie jestem jedyną osobą, która nie stoi teraz tam na sali pod sceną albo nie siedzi na trybunach. Ciekawe co z kolei kierowało tymi ludźmi, że też już zrezygnowali z zabawy? Może też przyszli tylko na support. A może wolą sobie posłuchać z daleka. W mojej głowie kłębi się za dużo myśli. Stałam tak na tej sali i w ogóle nie interesowało mnie co się tam dzieje. Myślałam o różnych rzeczach, nuciłam sobie inne piosenki, wspominając przy okazji jak byłam na koncercie The Neighborhood, a przede mną stały laski, które do dość spokojnej i smutnej muzyki tańczyły tak jakby to był właśnie jakiś koncert metalowy. I jeszcze na mnie nakrzyczały po tym jak im zwróciłam grzecznie uwagę, że ich kucyki majtają nam po twarzach. Przepraszam bardzo, już nie będę nikomu zwracać uwagi.
Po co ja właściwie piszę to wszystko? Piszę to po to, żeby zabić jakoś czas do końca koncertu. Jest już prawie 23, więc prawdopodobnie koncert potrwa jeszcze może z pół godziny. Drugi powód jest chyba taki, że chcę z siebie wyrzucić te dziwne emocje, które się we mnie kłębią. Przede wszystkim zmarnowałam mój cenny czas, który mogłabym poświęcić na coś innego (chociażby na krótkie odwiedziny rodzinnego miasta i podjęcie milion pięćsetnej próby spotkania się z którąś z moich koleżanek). I chyba pierwszy raz w życiu ściska mnie taki żal w sercu (a przynajmniej w tego typu sytuacji). Domyślam się, że gdzieś tam są ludzie, którzy chcieliby się ze mną zamienić. No ale cóż mogę począć? Muszę to sobie jakoś zrekompensować. Chciałabym, żeby The Rose znów zawitali do Europy... Szkoda, że ich jeszcze nie znałam jak byli w tym roku w Europie. Może bym coś ogarnęła.
No cóż, nie biadolę. Zabiję sobie czas na Instagramie albo posiedzę na Tumblr. Niedługo wrócimy do domu, od razu po powrocie pójdę spać, a jutro zacznę dzień tak, żeby siać pozytywną energię wszędzie.
Ta notka jest bez sensu, jakieś durne biadolenie, ale hej! Pisałam to 40 minut... Szalona.

(O, akurat jak skończyłam dodawać hasztagi, to sie skończyło)

27.4.18

Samotność.

Samotność.
Znowu zaczynam biadolić nad swoim marnym, biednym losem, gdyż ostatnimi czasy moje życie polega na tym, że chodzę do pracy, a potem wracam do małego, ciasnego mieszkanka, po drodze robiąc zakupy, i sprzątam oraz gotuję. A jak wszystkie podstawowe czynności zostają wykonane, to przylepiam się do laptopa i przez większość czasu czytam mangi. A jak nie czytam mang, to i tak siedzę przylepiona do ekranu. Bo tak jest najłatwiej. Moja nauka japońskiego poszła się paść, ale staram się nie poddawać i jak te dziewczyny, które codziennie przechodzą na dietę, mówię sobie "Od jutra!". Tak. Jak na razie to "jutro" nie następuje wcale, ale język japoński jest mi bliski, gdy w przerwie od czytania mang, oglądam anime albo czytam mangę w akompaniamencie tzw. CD dram. Fajnie jest znowu siedzieć w tym hobby, ale ostatnio zdałam sobie sprawę, że znów dopadła mnie swego rodzaju samotność. W zasadzie, to owa samotność dokucza mi od jakichś dwóch tygodni, a powody są wszelakie, ale na ich temat nie będę się rozwodzić. Na całe szczęście dziś i tak się troszkę rozchmurzyłam, bo w dzień wolny, wyjątkowo nie zamulałam od rana w czterech ścianach, a wyszłam z domu, gdyż miałam sprawy do załatwienia. Każdy pretekst do wyjścia z domu jest dobry. Byłam nawet gotowa zostać u mamy i trochę z nią posiedzieć, ale Pan Sąsiad, który nagle zaczął wiercić bardzo skutecznie wybił mi ten pomysł z głowy. Tym sposobem, od rana do teraz siedzę sama, nawet nie jak palec, bo ten przysłowiowy palec to przecież ma obok towarzystwo! (Zawsze mnie zastanawiało skąd się wziął ten "palec", przecież on wcale nie jest sam.) Już nawet te mangi mnie chwilowo znudziły i cała reszta zaczęła wydawać się jakaś nijaka. Obserwuję na Instagramach i Snapchatach, że ludzie sobie jeżdżą na koncerty (tak, nawiązuję m.in. do wczorajszych koncertów Miyavi'ego i Macklemore'a w Warszawie), mają zaplanowane wypady na majówki, a ja od dwóch tygodni słyszę (a może bardziej czytam) od każdego "nie mogę, bo już jestem umówiona do kina", "nie mogę, bo jadę na panieński", "nie mogę, bo idę pić ze znajomymi z pracy", "nie mogę bo nie"... Nie wiem, być może to jakaś kara od losu za to, że swego czasu, to ja miałam w dupie wszystkich, ale hej! W końcu sama z siebie też się odzywałam! Inicjowałam spotkania! Przepraszałam! No, może nie wszystkich... I może właśnie o to chodzi? Może to kara za to, że pewne znajomości urwałam i nigdy więcej się nie odezwałam, a teraz narzekam na to, że inni ludzie mają mnie w dupie, a nie powinnam, bo sama się o to prosiłam? Ale przecież...na pewno nie jestem jedyną osobą, która zachowuje się w ten sposób. Ja po prostu jestem jakimś beznadziejnym przypadkiem. Nie warta tego wszystkiego. A po takim czasie nie miałabym nawet odwagi odezwać się do tych ludzi, bo biłoby ode mnie desperacją na kilometr. I ktoś mógłby sobie pomyśleć "No tak, odzywasz się łaskawie tylko dlatego, że wszyscy się na Ciebie wyjebali?". Chyba jeszcze nie miałam w życiu takiej sytuacji i nie chciałabym mieć. A to oznacza tylko jedno. Musi pozostać tak jak jest. 

Samotność.
Czasami nie jest nawet taka zła. No ale ileż można?

26.2.18

Siedzenie w domu jest spoko.

Moje życie, ostatnimi czasy, jest na tyle stabilne i spokojne, że jak już przerwę tę rutynę jakimś wieczornym wyjściem, to w ciągu kilku godzin jest w stanie wydarzyć się tyle, że potem przeżywam takową wyprawę przez następne kilka dni. Jednocześnie, muszę stwierdzić, że pomimo mojego ogromnego życiowego pecha, w takich sytuacjach i tak mam ogromne szczęście. Fakt, wróciłam do domu cała poobijana i z obitą twarzą, ale to dlatego, że najpierw wlazłam w ścianę bądź drzwi, a potem musiałam się wywrócić na śniegu. Nic nie zgubiłam, poza chłopakiem, który, jak się okazało dnia następnego, poza tym, że zgubił mnie, zgubił też telefon. Ja się obudziłam nie w tym mieście, w którym powinnam, bo powiedziałam obcym chłopakom (!), że tam mieszkam i mnie tam odwieźli. Reakcja mojej mamy musiała być bezcenna. Na pytanie co ja robię tutaj o tej godzinie (a to była 3:30 w nocy) odpowiedziałam tylko "Nie pytaj" i zamknęłam się w pokoju. Chciałam zmyć się z powrotem do siebie po tym jak się obudziłam, ale mama uznała, że kierowca by mnie takiej do autobusu nie wpuścił. Tak poza tym to wszystko w porządku. Poza zgubionym telefonem i moją obitą twarzą chyba nic poważniejszego się nie stało. Wiem też tyle, że gdy kilka dni temu mówiłam do siebie, że jestem strasznym no-lifem, bo jak nie wychodzę do pracy, to siedzę w domu i oglądam anime, to powinnam była się cieszyć z tego, że jestem prawie pełnoetatowym no-lifem. Gdybyśmy zostali w domu, ja bym pewnie całą noc czytała gay mangi, popijając sobie grzane winko, a on by grał w tą nową czeską grę, sącząc zimne piwko. Wszyscy byliby cali, zdrowi i z telefonami! I bez kaca moralnego, huh.
Za dwie godziny wychodzę do pracy i proszę, aby od dziś moje życie było tak spokojne jak dotychczas. Teraz oglądam "Wolf's Rain", a jak uda mi się wywalczyć na jutro popołudniową zmianę, to wrócę do mojego hometown, aby odebrać wypraną kurtkę, komin i spodnie.

10.1.18

Dzień Dobry w Nowym Roku.

Mamy dziesiąty dzień Nowego Roku, a ja już siódmy dzień tegoż roku męczę się z katarem. Z jednej strony miałam dobry pretekst, by drugiego stycznia nie iść do pracy i ogromne szczęście, że lekarz do którego się wybrałam, wystawił mi wtedy zwolnienie do piątku włącznie. Jak się jednak okazało, nie muszę się już tak tą pracą przejmować, gdyż ten miesiąc jest moim ostatnim miesiącem pracującym. Tak się właśnie zaczął ten cudowny 2018. Nie ukrywam, że i tak chciałam zmienić tę pracę, ale znowu wyszło na to, że to nie ja jestem osobą, która dziękuję i odchodzi, a to mi dziękują. Już po raz trzeci odkąd zaczęłam pracować w tym kraju tak jak na przeciętnego człowieka przystało. Staram się nie myśleć o sobie jako o najgorszym człowieku na świecie, a jednak tak się czuję. Wychodzi na to, że z moim charakterem i podejściem do życia w żadnej pracy nie zagrzeję miejsca dłużej niż te kilka miesięcy. Jest mi trochę przykro, lecz jednocześnie te wszystkie sytuacje faktycznie dają mi do myślenia. W październiku tego roku kończę 25 lat, więc wypadałoby w końcu nad sobą popracować. Niby uważam się za takiego introwertyka, a jednak gdy analizuję swoje zachowania w rozmaitych sytuacjach, okazuję się być typem takiej osoby, których introwertycy nie lubią. A przynajmniej ci introwertycy, których znam z Internetu. 

Czy mam jakieś postanowienia na Nowy Rok?
Stać się lepszą osobą.
I nauczyć się japońskiego.


さよなら