21.5.17

Znajomi lub ich brak

Odnoszę wrażenie, że odbywam teraz jakąś karę za wszystkie błędy, które popełniłam w ciągu ostatnich, prawie, dwóch lat. Wdawać w szczegóły się publicznie nie będę. Istotnym faktem jest to, że ja zdaję sobie sprawę ze swoich czynów, które w pewnym stopniu odbijają się na moim obecnym życiu. Pamiętacie, jak swego czasu pisałam tu na temat braku znajomych? Okazało się, że zupełnie nie doceniałam tych wszystkich ludzi, którzy przez ten czas byli u mojego boku. W chwilach takich jak ta teraz, kiedy siedzę w pracy i z uwagi na brak zajęcia, postanowiłam zabrać się za sporządzenie tej notki, mogłabym wysłać jednej z takich osób wiadomość na temat byle pierdoły i czas by mi jakoś zleciał. Tymczasem większość moich relacji legła w gruzach, a część nie jest już tak zażyła jak kiedyś. Wiem też, że nie mam prawa nikomu nic zarzucać, gdyż to ja sama doprowadziłam do takiego obrotu spraw i teraz mogę się rozwodzić na temat tego jak bardzo brakuje mi tych chwil, kiedy wszelakie rozmowy nastrajały mnie pozytywnie. Nie mówię, że już w ogóle z nikim nie rozmawiam i się nie zadaję, ale poszczególne jednostki chyba się nauczyły, że miałam tendencje to nie odzywania się z różnych powodów i odmawiania spotkań (często z tego samego powodu) i z tego względu nikt już nie inicjuje ze mną spotkań czy rozmów jako pierwszy. Dziwnie się czuję z tą świadomością. Trochę tak, jakbym to ja okazała się tą najgorszą, a w okolicy tych wszystkich znajomych pojawiły się bardziej wartościowi ludzie. Może też tak być, nie przeczę. Nie jestem jednak kimś na tyle wartościowym, by zasypywać go dzień w dzień masą wiadomości i propozycji spotkań. Sama sobie też na to zapracowałam. Z jednej strony odczuwam jakiś spokój, bo gdy nie prowadzę tych rozmów, nie mam powodów do nerwów, a takie sytuacje też się zdarzały. Choć to wyda się głupie, to brakuje mi właśnie takich powodów. Powiedzieć "dziś nie ma mnie dla nikogo", powyłączać wszystko, nawet telefon, a po kilku dniach włączyć i zobaczyć, że te kilka osób się jednak o mnie martwiło. W tej chwili nikt by nawet tego nie zauważył. Ludzie nawet nie zauważyli, że usunęłam w grudniu Facebooka, póki przy najbliższej okazji sama o tym nie powiedziałam. Stałam się więc teraz taką szarą masą, nie mającą żadnego znaczenia, ale może nawet słusznie? Skoro i tak pod wpływem pewnych osób zmieniłam się diametralnie (podobno) i straciłam zainteresowanie dla całej reszty świata, to teraz cała reszta świata straciła zainteresowanie mną. Nie, żebym chciała być nie wiadomo jak popularna, ale czasem brakuje mi takiego niespodziewanego SMSa o treści "miłego dnia" lub propozycji spontanicznego spotkania wieczorem. A jak się spotyka na ulicy kogoś, kogo nie widziało się długi czas i prosi go o częstszy kontakt, to i tak nic z tego nie wychodzi. Chciałabym wierzyć w to, że to jest właśnie ta dorosłość, kiedy znajomi przestają mieć dla Ciebie czas, bo studia/praca/partner/etc., ale fakt, że nie mam Facebooka nie świadczy o tym, iż nie mam dostępu do innych social mediów i widzę, że ta dorosłość wcale nie dotyka wszystkich w aż takim stopniu.
No cóż, jak już mówiłam, nie zasłużyłam na uwagę. Nie po tym cudaczeniu moim.

4 komentarze:

  1. Też kiedyś miałam taki okres, że odsunęłam się od znajomych, nawet sama poprosiłam, aby mnie nigdzie nie zapraszali. Wszelkie imprezy w większym gronie działały na mnie wręcz depresyjnie. Było wtedy ze mną źle, jakbym nie była sobą. Nawet jak o tym teraz myślę, nie wierzę że miałam taki ciężki epizod w życiu. A potem sama wyszłam do ludzi; Ci którzy naprawdę chcieli, abym była w gronie ich znajomych, nigdy nie zerwali ze mną kontaktu. Po prostu poczekali na moje wyjście z mroku i chętnie zaczęli spotykać się ze mną znowu. Ale dorosłość taka jest, brakuje czasu na wiele rzeczy. Najbliższe mi osoby mieszkają teraz kilkaset kilometrów ode mnie; nawet jak przyjeżdżają w rodzinne strony, bywa tak, że nie znajdują czasu na spotkanie. To jest właśnie dorosłość, ale to nie znaczy, że nie pamiętamy o sobie. Wszystko zależy też od znajomych, u mnie nie każdy ma facebooka, nie każdy lubi pisać smsy, czy maile, niektórzy wolą konkretne spotkania zamiast wiadomości i czekają z kontaktem aż do realnego spotkania. Tak naprawdę życie ogranicza się do tych, którzy znajdują się najbliżej. Przykładowo, jak ktoś ma stałą pracę, to najczęściej spotyka się z ludźmi z pracy, z nimi też wychodzisz, i oni stają się znajomymi pierwszego kontaktu. No i różne znajomości układają się różnie, nie wiem, może to jest tak, że ja zawsze miałam bardzo mało znajomych i tylko z kilkoma osobami łączyły mnie zażyłe relacje, więc ciągle mam przy sobie tych kilka osób, które niezależnie od wszystkiego będą ze mną, a reszta przychodzi i odchodzi, choć chciałabym, aby było inaczej, ale tak, to jest dorosłość, każdy zwraca się ku swojemu życiu, rodzinie, pracy itd. Poza tym nauczyłam się z czasem być tą osobą, która zaczepia innych. Jeśli czuję potrzebę porozmawiania czy spotkania, nie czekam aż ktoś napisze pierwszy. Wiadomo, miło jest dostać smsa z życzeniami miłego dnia, ale tak naprawdę fajnie jest być tą osobą, która sama życzy miłego dnia innym. Ostatecznie nie ma sensu uganiać się za tymi, którzy nie chcą nas w swoim życiu. Może lepiej, że wasze relacje się rozluźniły. Bo zobacz, jeśli ludzie sprawiają, że przez ich zachowanie czujesz się gorszą osobą... Tak nie powinno być. Jeśli nauczyłaś się na swoich błędach, wiesz co wtedy zrobiłaś źle i wiesz, że chciałbyś polepszyć wasze relacje, to powinnaś powiedzieć im o tym wprost, a jeśli nadal będą ignorować Twoje chęci, odpuść. Podejrzewam, że Twoje cudaczenie nie było niewybaczalne. Jesteś młodą dziewczyną, poznasz jeszcze wielu ludzi. Myślę, że w każdym wieku można natrafić na swoją wymarzoną paczkę znajomych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co widzę teraz w Twoim komentarzu, to wychodzi na to, że jednak nie jestem jedyną osobą z takim "problemem", no i widać, że często na takie zachowania ma wpływ jakieś tak...pogorszenie jakości życia, że tak ładnie to ujmę. U mnie ten proces był na swój sposób skomplikowany, właściwie odsunęłam od siebie dobrych ludzi, pozostając przy takich, którzy bardziej mi szkodzili, ale owa szkodliwość też się unormowała. Wydaje mi się, że jest takie towarzystwo w przypadku którego...albo ono musi dojrzeć do tej relacji albo Ty. I chyba źle zabrzmiałam, bo to nie jest tak, że czekam jak księżniczka aż ktoś wykona pierwszy ruch. Nie, nie. Ja też się odzywam ludzi; bardziej chodziło mi o to, że są tacy do których zawsze odzywam się jako pierwsza tylko JA, a jak ja się nie odezwę, to po danej osobie ni widu, ni słychu. Właśnie, gdyby nie to że jednak potrafię się odezwać, to już w ogóle bym chyba nie miała znajomych :D Ale jest chyba tak jak mówisz - po co uganiać się za kimś kto nas nie chce? No i też sama widzisz - jesteśmy w takim wieku, że nawet jak dawny znajomy pojawia się w rodzinnym mieście, to i tak nie ma czasu na spotkanie. Albo pochłania go tak nauka na egzaminy i nie ma czasu się spotkać, pomimo że mieszka dwa bloki dalej. Ech, ta dorosłość.

      Usuń
    2. Ooo, hej, odpisałaś. ;) Miewam ten sam problem z niektórymi osobami, że jeśli do kogoś nie odezwę się pierwsza, to inaczej kompletna cisza. To bywa przykre, bo wszyscy chcemy, aby na relacji zależało każdej ze stron. No a z drugiej strony dociera do mnie, że moi znajomi w większości mają właśnie swoje dorosłe życie, tylko ja zostałam gdzieś w tyle i mam za dużo czasu w przeciwieństwie do reszty. Czasem mam też tak, że chcę do kogoś napisać, tak bardzo, że za bardzo; chcę dowiedzieć się co u tej osoby, chcę spędzić z nią czas, wypytać o wszystko, a po chwili, właśnie przez to milczenie, zastanawiam się, czy to przypadkiem nie moje jednostronne chęci i aż mi głupio i to głupie, że ktoś jest naszym dobrym znajomym, a my musimy zastanawiać się, czy możemy... Nie wiem, może mam syndrom odrzuconego dziecka czy coś? Ale nie, zwalmy to na dorosłość. ;) No bo w dzieciństwie łatwiej było mieć znajomych, bo oni byli zawsze, w ławce, szkole czy na podwórku i relacje układały się jakoś tak spontanicznie, a potem przyszedł świat dorosłych, uczucia, emocje, rozmyślanie, czy wypada czy nie, czy ktoś nas lubi, akceptuje, czy nie, czy jak nie ma dla nas czasu to na serio go nie ma, czy ma nas gdzieś... Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że dorastanie to był głupi pomysł. Nie wiem czemu się na to zgodziłam. ;)

      Usuń
    3. No właśnie...jest tak jak mówisz, za dzieciaka poznawanie osób było łatwiejsze, przychodziło to jakoś tak naturalniej. A teraz wszyscy mają swoje sprawy - praca, studia, związki - akurat wśród mojej niewielkiej grupki znajomych wypada tak, że każdego zajmuje jedna z tych trzech rzeczy, dwie z trzech, albo wszystkie na raz i ciężko się potem zgrać. Osobami, które się nie odzywają, sama przestałam się interesować, bo ile można wychodzić z inicjatywą spotkania, a druga strona i tak ma to gdzieś? Teraz zajmuje się sobą i tymi, którym zależy na spędzaniu czasu ze mną :) Haha, ale mam tak jak Ty - też nie mam pojęcia dlaczego się na tą dorosłość zgodziłam ;)

      Usuń