24.1.17

Brak Facebooka = lepsze życie.

Próbowałam chodzić do psychologa. Poszłam na jedną wizytę po świętach, powiedziałam co mi na duszy leży i dostałam termin na wczoraj. Wczoraj jednak zrezygnowałam z pójścia na spotkanie, uznając, że jednak już wszystko ze mną w porządku. Może to dziwne, ale w jakimś stopniu pomógł mi fakt, że skasowałam konto na Facebooku. Ponad miesiąc już mnie tam nie ma i czuję jakiś taki dziwny spokój na duszy. Z osobami, które chcą kontaktu wystarczy mi kontakt SMSowy czy też przez jakiś komunikator. Można powiedzieć, że nie czuję takiej presji jaką wywołują na mnie te social media, a zwłaszcza właśnie Facebook. Niby mogłam wejść i używać go jedynie do komunikacji z ludźmi, ale zawsze coś mnie korciło, żeby przewijać tę tablicę. Te zdjęcia, te komentarze, ci wszyscy ludzie, wiodący takie, a nie inne życie. Za dużo tego było. Mam dziwne wrażenie, że nawet tłum ludzi w Internecie działał mi na nerwy, dlatego musiałam się od tego odciąć. A to już była któraś z kolei próba rezygnacji z Facebooka i, póki co, to moja najdłuższa abstynencja. Jak jeszcze studiowałam, to to konto było potrzebne, żeby wiedzieć, co tam na uczelni piszczy. Potem szukałam pracy, a połowę kont miałam powiązanych z fejsem. Kontakt z jakimiś osobami do których nie miałam nawet numerów telefonów też musiałam ograniczać do Facebooka, ale w końcu postanowiłam, że koniec. Pracę mam, studia na razie przerwałam, ci którzy chcą mieć kontakt ze mną się odezwą i odwrotnie, więc Facebook jest mi kompletnie niepotrzebny. Fakt, że przez to długoletnie uzależnienie to dziwne uczucie jak łapię telefon i nie wiem na jaką stronę wejść. Czasem przeglądam bezmyślnie Instagrama, czasem zastanawiam się nad różnymi sprawami i czytam definicje określonych pojęć, czasem przeglądam jakieś informacje z kraju i ze świata. Oglądam też pewne forum internetowe, i nawet jak się nie udzielam, to ludzie ciekawe rzeczy tam piszą, więc też potrafi wciągnąć. Zaczęłam też czytać książkę - "Światło między oceanami". Taki romansik, jakoś w listopadzie miał premierę film z Michaelem Fassbenderem (znanym głównie z roli młodego Magneto w serii filmów o X-menach) i Alicią Vikander (która towarzyszyła Eddiemu Redmayne'owi w "Dziewczynie z portretu"). Zainteresował mnie opis i fragment zwiastunu, więc zdecydowałam się na szybki zakup książki (oczywiście z filmową okładką, z reguły raczej staram się unikać takich wydań, ale mam już takiego "Forresta Gumpa", a i to wydanie jest całkiem ładne). Jestem już prawie w połowie książki i przyznaję, że wciąga. Nie jest to nawet takie typowe romansidło, bardziej taka historia...dziecka. Nie będę pisać za dużo, co by przypadkiem nie zdradzić ważnych elementów fabuły. Filmy z kolei mi ostatnio opornie idą, za to jakoś przed Sylwestrem postanowiłam wrócić do oglądania anime. Tym sposobem w jakieś dwa dni obejrzałam całą serię "Yuri!!!on ice" (całe  12 odcinków, więc szybko poszło), a teraz jestem w trakcie "Free!", które z kolei aż tak mnie nie wciąga, ale skończę bo jestem ciekawa jak będzie wyglądał rozwój relacji pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zupełnie niedawno obejrzałam też bajkę "Planeta Skarbów", a wszystko za sprawą piosenki usłyszanej pewnego dnia w radiu. Na takich normalnych filmach jakoś nie mogę się skupić, zaczęłam ich kilka, ale nie potrafiłam dotrwać do końca. Nie dlatego że były nudne...po prostu, jakoś tak. Ale może jeszcze wróci mi natchnienie. Rozważałam też zakup pada, co by sobie pogrywać z chłopakiem w Mortal Kombat. Ostatnio tak wyszło, że kolega zostawił u niego pada, to wykorzystałam ten fakt i sobie zagrałam parę rundek. Swoją drogą - uwielbiam bijatyki, jeśli chodzi o gry oczywiście. Chciałam też nauczyć się rysować (bo już nie umiem rysować jak kiedyś, naprawdę, za długą przerwę miałam) i może w końcu zabrać się za pisanie książki, ale tu podobnie jak z tymi filmami. Coś tam zaczynam i po niedługim czasie przerywam. Może to przez tę pracę. Pracuję na trzy zmiany, przeważnie na popołudnia i nocki. Nie jest to ciągły tydzień, dwa dni są takie, potem dwa dni wolne, a potem dwa dni znowu inaczej. Przykładowo. Jak wracam z nocki, to nie mam raczej natchnienia na nic, nawet na leniwe oglądanie filmu "do snu". A w dni wolne...korzystam z tego, że mam dzień wolny. No i tak to leci właśnie. Nie powiem, że wszystko jest nienaganne, bo jeżeli chodzi o życie towarzyskie, to w ciągu ostatnim miesiącu, poza moim chłopakiem i jego kolegami, spotkałam się z jedną osobą. No i pomijając ludzi w pracy, Ale też jest taki czas teraz. Sesja, praca, chłopak/dziewczyna, inni znajomi, i już dla tego jednego już się czasu znaleźć nie da. Ale kontakt ogólny z tymi ludźmi wszystkimi jest, więc chociaż to mnie pociesza. Jeśli chodzi o plany przyziemne na najbliższą przyszłość, to są nimi:
- Skończenie książki i rozpoczęcie następnej (a ja czytam baaardzo powoli, nawet jak mam mnóstwo czasu, nie wiem dlaczego, ale od zawsze tak było)
- Skończenie jednego anime i rozpoczęcie następnego (prawdopodobnie po "Free!" będzie "Kuroko no Basket", jak już zaczęłam ze sportowymi, to niech będą sportowe)
- Rozsądne wydanie wypłaty (to już niedługo, a mam nadzieję ją dobrze spożytkować)
- Podjęcie próby napisania tekstu (jakiegokolwiek, może kiedyś jakoś go wykorzystam)
Miałam zapisać się na prawo jazdy, ale przy moim trybie pracy jest ciężko. Do tego muszę się w końcu wybrać do fryzjera, bo grzywkę mam już tak długą, że ledwo widzę. 
Może ambitnie moje plany nie brzmią, ale lepsze pisanie takich spraw aniżeli narzekanie na wszystko w okół, czyż nie?
Mogę więc rzec, że jest stabilnie. Już nawet nie chujowo, a po prostu stabilnie.
W domu też już mam spokój. Ktoś się wyprowadził i nie rozciąga się tutaj taka negatywna atmosfera jaka się rozciągała, w zasadzie, od października.
A jakich rzeczy ja się dzisiaj od mamy dowiedziałam! No cóż...nic nie trwa wiecznie, jak to mawiają.
Mam dziwne wrażenie, że to co napisałam i tak brzmi jakoś smutno, ale jestem po nocnej zmianie, a za dnia miałam słaby sen, więc to może być przyczyną.
Styczeń się niedługo kończy, nie był tak do końca zmarnowany, tylko może taki trochę...pusty.

3 komentarze:

  1. Chyba już wszyscy oglądali Yuri on Ice i aż uśmiecham się na myśl, że obejrzałam i ja, zwłaszcza, że ciężko zebrać mi się do jakichkolwiek odcinkowych produkcji. Za to filmy pochłaniam jeden z drugim (jak mam czas). ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie to "Yuri on ice" prześladowało już wręcz - gdzie nie weszłam, wszędzie albo jakieś obrazki, albo cosplaye albo co chwilę ktoś mi mówi, że to ogląda, pewnego dnia tumblr był tak tym przesycony, iż stwierdziłam - dobra, obejrzę! A i tak nie miałam nic lepszego do roboty. A też mam problem z oglądaniem takich odcinkowych produkcji właśnie. Mam mnóstwo anime i dram pozaczynanych i ciężko mi to kiedykolwiek dokończyć. A co do filmów, to widzę na filmwebie, że często coś oceniasz!

      Usuń
    2. Czekałam na to anime, od kiedy tylko pojawiła pierwsza zapowiedź w marcu. Ktoś na tumblrze wrzucił trailer, który wyjątkowo mnie zachęcił. Masz rację, że gdy już zaczęli emitować, internet był pełen komentarzy, obrazków, gifów, fanartów, wszystkiego czego tylko dusza fana zapragnie. ;)

      Kiedyś oglądałam więcej filmów, ale ogranicza mnie trochę brak czasu, a już na pewno brak dostępności - niektóre filmy czekają na mojej liście kilka lat. chyba wybieram niewystarczająco popularne filmy, albo obcojęzyczne i czasem nie mogę znaleźć nawet angielskich napisów. Choć może to o dobrze, bo miewam tendencje do wciągania się w świat filmowy i potem zapominam, że wypadałoby odegrać też jakąś rolę w swoim własnym życiu. ;)

      Usuń