25.9.16

i keep walking

Pora coś skomponować bo dawno nie komponowałam. Targają mną ostatnio tak przeróżne uczucia i odczucia, że naprawdę ciężko mi napisać coś konkretnego. Wiem tyle że moje życie wywróciło się do góry nogami. A właściwie to ja je wywróciłam. Nie mam studiów, na chwilę obecną pracy już też, ale przynajmniej nie jestem już taka biedna jak w marcu. Brakuje mi udzielania korepetycji za 20 zł za godzinę (jak na dzisiejsze standardy i wymagania uczących to meeega mało), brakuje mi ludzi, których sama odrzuciłam, ale w momencie bieżącym uważam, że już za późno, aby odezwać się na nowo. Brakuje mi też beztroski, którą jeszcze do pewnego momentu potrafiłam odczuć. Mamy prawie październik, co oznacza że koniec roku powoli zaczyna zbliżać się wielkimi krokami. Wydarzyło się wiele, moje życie diametralnie się zmieniło, ale nie na takie jakim chciałam, aby było. Coś się posypało. Coś podziało ze mną. Za często użalałam się nad sobą, marudziłam, biadoliłam. Będąc w momencie, w którym tkwię teraz stwierdzam szczerze sama przed sobą, że wtedy kiedy użalałam się nad sobą robiłam to zdecydowanie niepotrzebnie. Straciłam czas na owe użalanie się, zamiast zacząć działać jakoś. Robić coś faktycznie ze swoim życiem. Tymczasem mam prawie 23 lata i tak naprawdę niewiele w życiu osiągnęłam. O ile w ogóle coś osiągnęłam. Miałam mieć certyfikat z języka angielskiego i chińskiego. Nie wyszło. Miałam mieć w zanadrzu chociaż jedno skończone opowiadanie na Portalu Pisarskim. Nie wyszło. Miałam być już po licencjacie. Nie wyszło z mojej własnej winy. Teraz to nawet nie wiem czy pojadę na wakacje. Czerwcowy wyjazd do Budapesztu okazał się niestety niewypałem, a przynajmniej z mojej perspektywy był niewypałem. W tamtym momencie tęskno mi było do nieogarniętych spacerów po Stavanger czy Wilnie. Umieraniu przez gorączkę w łotewskiej kawiarence. Czy nawet uciekaniu przed deszczem przez londyńskie uliczki. Będąc w Budapeszcie miałam ochotę zeskoczyć z góry, ale na zamiarze się skończyło. Wciąż za dużo myślę o mojej nie mającej kompletnego znaczenia przeszłości i właśnie dlatego tkwię w miejscu, bo myślę o spokojnym, smutnym życiu, którego już nie wiodę. Teraz jest ono tylko smutne. Już sama nie mam bladego pojęcia co mogłoby mi poprawić humor. Chociaż ostatnio wpadłam na pomysł chodzenia na kawę regularnie i zwiedzenia wszystkich możliwych kawiarni w moim mieście. Już w klasie maturalnej chciałam tak zrobić i nawet powoli się udawało, ale potem przyszedł czas na naukę i na kawusię na mieście zabrakło czasu. Tak, teraz jak sobie o tym pomyślę, to plotki przy kawusi z koleżanką rodzą uśmiech na mej twarzy. Chyba jeszcze tylko to sprawia, że się czuję całkiem dobrze. Pojawia się również chęć tworzenia książki, ale tutaj również, póki co, na zamiarach się kończy. Całe życie tylko myślę i wymyślam, ale mało co w to życie wcielam. Podobno człowiek w wieku 23 lat jest jeszcze i tak na tyle młody, że jeszcze wiele przed nim i nie ma co narzekać na taki brak osiągnięć. Mam nadzieję, bo nie chcę sobie wbijać w głowę kolejnego powodu do użalania się. Ileż można? Nie dość, że psuję sobie zdrowie fizyczne, to do tego psychiczne. Tak nie można. Tak więc w mojej głowie urodził się chaos. Tkwię w miejscu, nie mam pojęcia co będzie z moją przyszłością, ale rodzą się pomysły. Czy jednak te pomysły faktycznie uda się w życie wcielić? To się okaże. Na razie chcę wrócić do rodzimego kraju, uściskać mamę, wyrzucić z siebie wszystko co mam do opowiedzenia i wyjść, do cholery, na tę kawę. Nie wiem co się jeszcze wydarzy i wiedzieć nie chcę. Ale wszystko będzie dobrze, prawda? Tylko trzeba się jakoś wziąć w garść i nie marudzić. Żyjmy!