15.4.16

nutshell

Jakby się uprzeć, to moje obecne położenie można uznać za swego rodzaju ucieczkę od mojej codziennej, rutynowej, polskiej rzeczywistości. Od jakichś trzech tygodni bowiem grzeję tyłek w krainie ludzi, którzy legalnie palą trawę gdzie im się żyw nie podoba. Albo i nie. Wszystko zależy od człowieka. W każdym razie to nie o trawie chciałam dzisiaj pisać. Chciałam raczej przedstawić to, co czuję ostatnimi czasy. Chociaż właściwie cały czas to tutaj robię. Opuściłam więc nasz piękny kraj w celach zarobkowych, bo tak jest przecież najłatwiej, czyż nie? Pominiemy ten drobny szczegół, jakim jest fakt, że miniony tydzień przesiedziałam na dupie, bo roboty nie ma, ale pocieszam się tym, że wciąż lepiej siedzieć na dupie w czteroosobowym domku, gdzie niedaleko są lasy, jest generalnie dużo zieleni, po drzewach skaczą wiewiórki, przez trawniki przebiegają koty, po drodze skaczą króliki, a z rana budzi Cię radosny śpiew ptaków. Pogoda jest jaka jest, ale człowiek ma tu jakąś swoją przestrzeń. Nikt mu nie nie przeszkadza i vice versa. Teraz sama nie wiem co zrobię ze sobą jak wrócę do Polski. Chyba po prostu wypiorę rzeczy, spakuję je wszystkie z powrotem, postawię walizkę pod drzwiami, a w tym samym czasie będę wydawać zarobione tutaj pieniądze. O ile coś mi się jeszcze uda zarobić, ale staram się myśleć pozytywnie. Nie wiem jaki mam humor. Ciężko stwierdzić. Czuję pewną ulgę na sercu, związaną z tym, że nie opierdalam się teraz w swoim paskudnym, błękitno-fiołkowym pokoju i nie muszę słuchać marudzenia swojej matki. Opierdalam się za to tutaj, codziennie otrzymując telefony od wspaniałej koordynatorki, która najpierw mówi, że idziemy do pracy, a pięć minut później wysyła SMSa o treści "Jednak odwołano zlecenie, nie idziecie do pracy". Jest...radośnie. Na swój własny sposób. Szkoda, że najbliższy sklep jest taki drogi, bo przez to siedzenie w miejscu wydajemy tylko pieniądze, których na chwilę obecną i tak nie przybywa. Aczkolwiek przyznać się też mogę, że próbujemy zmienić biuro pośrednictwa pracy. Umówiłam się elegancko na rozmowę na Skype z panią K., nawet koszulę, kurczę, ubrałam, żeby dobrze wypaść. Martwi mnie tylko zmiana tej lokacji, bo takiego spokoju dawno nie zaznałam. Jesteśmy tutaj tylko my, tj. ja, moje i druga couple. No i holenderscy wczasowicze. W domku trochę syf, ale moje ostatnio pokazało, że chyba jednak troszkę mnie słucha i troszkę chce mi dogodzić. Tak, posprzątał. Cały pokój. Nawet odkurzył. I umył piekarnik! Nie wiem czy ktokolwiek tu kiedykolwiek mył piekarnik. No, w każdym razie, poza nami, w innych domkach mieszkają jeszcze holenderscy wczasowicze. Dlatego myślę, że spokoju takiego jak tutaj nie zaznałam chyba jeszcze nigdy. Nie mam też obowiązku utrzymywać kontaktów z ludźmi z Polski, gdzie mam wrażenie, że jakoś dziwnie nieświadomie kilka już zerwałam. Tak jakby nie wiadomo ile ich było. Jeszcze trochę, a wyjdzie na to, że faktycznie zostanę sama, tak kompletnie sama. Ewentualnie z Nim, ale nigdy nie wiadomo jak się to życie dalej potoczy. Teraz sama nie wiem czy to ja zrobiłam coś złego, czy mogę tak po prostu siedzieć w tej Holandii, mieć wyjebane i czekać na nadejście lepszych czasów? A poprzez lepsze czasy mam na myśli posiadanie trochę większej ilości grosza przy duszy i możliwość poruszania się z miejsca na miejsce. No i niech ta praca będzie. Mogę nawet pakować te cholerne mrożone maliny do 1 w nocy, ale niechże się chociaż czymś zajmę. Nie wiem. Jestem strasznie chaotyczna, ale jednocześnie bardzo obojętna. Cieszę się przynajmniej ze stabilności sytuacji pomiędzy mną, a Nim. Przy okazji popsułam sobie chyba kilka innych relacji, ale z moim skromnym i nieśmiałym charakterem już nigdy się do tamtych ludzi nie odezwę z uwagi na moją obawę przed tym, że mogą być na mnie źli. Nie pozostaje mi więc nic innego jak po prostu egzystować w ciszy, w przerwach biorąc przykład z tutejszych holendrów palących na rozluźnienie trawę. Albo po prostu już z przyzwyczajenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz