16.3.16

disappear

Wiecie co? Ja to się jednak naprawdę nie potrafię pozbierać. Już nawet nie chodzi o to co się dzieje w koło ostatnimi czasy, a o samo to co się dzieje w mojej głowie. Już nawet nie jestem w stanie przebywać w towarzystwie ludzi, bo wbrew temu co sobie tu czasem piszę, to ich towarzystwo naprawdę mnie męczy. Wydaje mi się, że będzie lepiej, jeśli wyjdę z kimś posiedzieć u niego w domu czy nawet jeśli wyjdę z grupką znajomych do jakiegoś baru, ale wcale nie jest. Im dłużej znajduję się w danym miejscu wśród tych ludzi, tym bardziej mam ochotę wracać do domu. Coraz częściej mam to okropne poczucie swojej beznadziejności. Ta świadomość tego jaka byłam i jaka wciąż jestem mnie przytłacza, choć nie powinna. Przecież nie jest ze mną AŻ tak źle, ale jakoś nie może to do mnie dotrzeć. Teraz już nawet nie chodzi o te nędzne czasy szkoły średniej, ale już nawet te późniejsze, w jakiś sposób, wydały mi się być takie...puste. Choć nie powinny! Sama nie wiem co się dzieje ze mną i co dzieje się w głowie. Wiem też, że nikt nie jest w stanie mi pomóc, ja nawet nie potrafię dokładnie opisać tego problemu. Szczerze powiedziawszy, to chyba nigdy wcześniej nie czułam się równie okropnie i paskudnie jak teraz. Jestem sobie tutaj, ja taka prawie 23letnia i odczuwam tak ogromną beznadziejność jakiej nie odczuwałam jeszcze nigdy wcześniej. To jest złe, że się tak dzieje. Nawet kiedy staram się myśleć inaczej, wmawiać sobie, że przecież z moim życiem ani ze mną nie jest ani nie było AŻ tak źle, ale ostatecznie do mojej głowy wracają różne smutne wspomnienia, które każą mi znów powrócić do tych negatywnych myśli. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej potrafiłam sama usiąść na górce, z piwem w dłoni, uśmiechnąć się do siebie i powiedzieć sobie "hej, nie narzekaj na swoje życie, może nie jest wygórowane, ale coś tam się czasem w nim wyrabiało!", a teraz wydaje mi się, że chciałabym je zmienić jeszcze bardziej, lecz obawiam się, że mi się nie uda z moim ogólnym wspanialym szczęściem do wszystkiego. A może właśnie o to chodzi? W końcu zawsze chciałam być taka odmienna, oryginalna, inna niż wszyscy. Może właśnie dlatego nie powinnam wieść takiego szalonego życia jakie wiodą inni? Bo przecież nie mogę żyć jak inni. Szczerze mówiąc, teraz, w momencie gdy już rzucilam te studia i tak na dobrą sprawę nie mam już nic do stracenia, mogę zrobić wszystko. Nie czuję już tego ciężaru spływającego na mnie, tych wszystkich przymusów. I wiecie też jaka jest moja największa wada? Że ja wiecznie wszystkich się o wszystko radzę, a potem się denerwuję sama na siebie, że robię to co inni mi mówią. A jak mam nie robić, skoro to JA sama zwracam się o pomoc? Denerwuje mnie to, że nie potrafię być samodzielna, bo jestem taką życiową sierotą. Przegrańcem życiowym, o. Tak. Tak się właśnie czuję. Niby mogę zrobić wszystko, ale tak na dobrą sprawę, w tym momencie, gdy tak sobie myślę o sobie i o tych wszystkich rzeczach, o których myśleć nie powinnam, to nie chce mi się żyć z takim ciężarem na umyśle. Może faktycznie przydałaby mi się jakaś wizyta u psychologa? Może ktoś wyspecjalizowany w swoim fachu zechce wysłuchać wszystkiego tego co mi leży na sercu i w jakimś stopniu mi pomóc? Sama już nie wiem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz