7.3.16

are you sad?

Niesamowite. Piszę tego bloga od jakichś siedmiu lat i za każdym razem, gdy dostaję komentarz od kogoś, kto nie był moim znajomym, któremu bezpośrednio ten adres podawałam, to jestem bardzo miło zaskoczona. A coś takiego zdarzyło się już w życiu tego bloga jakieś kilka razy. Tak, oficjalnie odpowiadam na komentarz z wczoraj pod ostatnią notką, bo wydaje mi się, że w ten sposób moja odpowiedź zostanie zauważona prędzej niżeli miałabym odpowiadać w komentarzu. Chciałam przede wszystkim napisać, że wódka nie jest powodem mojego szczęścia. Przynajmniej nie zawsze, a akurat wtedy byłam w takim stanie i w takim nastroju, że faktycznie poczułam się dobrze. Dotychczas sądziłam, że owe szczęście sprawiają mi otaczające mnie osoby i czasami faktycznie tak było, lecz ostatnimi czasy dostrzegłam, że coraz częściej zdarzają się momenty, kiedy towarzystwo ludzi mnie męczy. Choć mówię - wszystko zależy od dnia i nastroju. Oczywiście, nie mam tak, że całymi dniami siedzę w domu, ukrywam się przed światem i piję alkohol. Zdarzają się wieczory, kiedy faktycznie, lubię się zamknąć w swoim pokoju, włączyć jakiś film i napić się piwa, czy dwóch, bądź innego trunku, tak jak w przypadku mojej ostatniej samotnej popijawy. Tak samo od mojego nastroju i danej sytuacji zależy co tak naprawdę jest mnie w stanie uczynić szczęśliwą. Co będzie teraz smutne, to z ostatniego czasu nie potrafię podać przykładu sytuacji, która faktycznie sprawiła, że czułam się dobrze. Możliwe też, iż jest to spowodowane pewnymi czynnikami z zewnątrz. Na przykład sytuacją w domu. Fakt, że nie dzieje się tutaj nie wiadomo jaka tragedia, ale tak już a propos tej wódki, to o ile ja potrafię się sama bawić z umiarem, o tyle ktoś tu ma z tym niestety problem. Krzywda się nikomu nie dzieje, lecz wciąż, psychicznie to jakoś wykańcza. A tak poza tym to nieszczególnie podoba mi się też sytuacja w domu jednej bliskiej mi osoby, ale już nie mnie wnikać w to co się tam dzieje. A przynajmniej nie powinnam się wtrącać. Tydzień temu popełniłam też pewną głupotkę, lecz może nie powinnam też tak tego przeżywać, bo ludzie notorycznie robią takie rzeczy. Rzuciłam w końcu te cholerne studia, bo już sobie nie dawałam rady, gdyż w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że nie robiłam tego dla siebie, ale dla wszystkich w okół. Zdaję sobie też sprawę z tego, że te 3.5 roku w gruncie rzeczy poszły na marne, ale ratuję tym sposobem kolejne pół roku. O więcej nawet nie myślę, bo magisterki i tak nie chciałam robić. Nie jest to też decyzja spowodowana owymi czynnikami zewnętrznymi, a moja własna. Teraz chciałabym wyjechać za granicę i gdzieś tam ułożyć sobie życie. Może tam rzeczywiście będę w końcu szczęśliwa? Domyślam się, że początki mogą być ciężkie, ale powoli, powoli i jakoś to w końcu się ułoży. Czasem też sobie myślę, że chciałabym znów być tą 19letnią sobą. Tą, która nie była w nikim zakochana, która miała wiele planów i marzeń, ale niestety, sugerowała się decyzjami innych. Mogłam już wtedy rzucić to wszystko i zostać za granicą, ale przeszłości się przecież nie zmieni, prawda? Mimo wszystko jednak pamiętam, że w tamtym czasie byłam naprawdę szczęśliwa. Te momenty, gdy już napisałam matury do czasu pierwszej sesji były najlepszymi momentami mojego życia. Wiem, że się zapewne powtarzam i już nie raz nawiązywałam do tego okresu, ale sama myśl o tym sprawia, że choć trochę się uśmiecham. A teraz? Teraz czuję się czymś przytłoczona. Nawet wiem czym, ale nie chcę o tym pisać publicznie. Chcę się znów naprawdę szczerze uśmiechnąć i powiedzieć ludziom "tak, jestem szczęśliwa~!". Może jutro wstanę rano, usmażę pancakes, zrobię sobie do nich kakao i obejrzę bajkę? Może wtedy się uśmiechnę i poczuję się jak taka nastolatka, której na chwilę obecną nic nie obchodzi? Sama już nie wiem co mam zrobić. Niby są jakieś plany na przyszłość, jest jakiś punkt zaczepienia, ale ja czuję jakbym utknęła i nie potrafiła się dalej rozwijać. Co do tego tekstu zatytułowanego "O czym myślę, gdy piję wódkę", to jest on bardzo krótki i niestety nie wygląda, tak jak mógłby wyglądać. Bo to mogło być coś abstrakcyjnego, a wyszedł z tego początek jakiejś nudnej historii jakiegoś chłopaka, który był zwyczajnie zagubiony. Ot. Ale może będę w stanie z tego jeszcze coś wykrzesać. Może wyjdę z domu, kupię wino i pod jego wpływem dopiszę coś lepszego? Nie ma co gdybać jednak, a trzeba jakoś działać w końcu. Aktualnie mam za sobą cztery dni, podczas których działo się zarówno coś dobrego, jak i złego, ale chyba jednak więcej tego złego. Potrzebuję takiej chwili odstresowania się od wszystkiego. A na takie rzeczy pomaga spacer. W każdym razie dziękuję za ten komentarz, cenię sobie bardzo takie opinie, a odczułam potrzebę nawiązania do niego w jakiś sposób. Dlatego też wyrzuciłam z siebie chyba wszystko co mogłam wyrzucić i chyba trochę mi lżej. Przynajmniej troszkę.

I can't live here anymore.
Bo dawno nie było piosenki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz