7.1.16

optymizm.

Nie wiem dlaczego, ale dziś, jakoś tak po prostu, przypomniałam sobie jak obchodziłam swoje szesnaste urodziny. Pamiętam, że miały one miejsce w niedzielę. W sobotę wieczorem rozmawiałam z M. z klasy i kilka minut przed północą zdecydowałam, że udam się w końcu spać. Ona kategorycznie temu zaprzeczyła, lecz nim zdążyła się konkretnie oburzyć, ja już zdążyłam wyłączyć komputer i zaszyć się pod ciepłą kołdrą. Nie minęło nawet kilka sekund jak ułożyłam głowę na miękkiej poduszce, a dostałam SMSa. Akurat, równo o północy, czy może minutę po. Ta sama osoba nie chciała mnie jeszcze puszczać spać, bo chciała być pierwszą osobą, która złoży mi urodzinowe życzenia. Bardzo drobna rzecz, a w tamtym momencie urodziła uśmiech na mej twarzy. Następnego dnia wszyscy pisali mi życzenia na tablicy naszej - klasy, bo to były jeszcze czasy ogólnej popularności tego portalu. Mniej cieszący szczegół, ale wciąż, w jakimś stopniu, miły jest fakt, że ludzie składają Ci życzenia zupełnie bezinteresownie. Albo uważają, że tak wypada. W poniedziałek już, gdy poszłam do szkoły, dostałam prowizoryczny prezent od jednej koleżanki - wachlarzyk. Gromadziłam takowe swego czasu, a teraz wszystkie leżą gdzieś na końcu szafki i dobrze się mają. Dlaczego właściwie wracam myślami do takiej, niby mało istotnej, sytuacji z mojego życia? Chyba dlatego, aby samą siebie podnieść na duchu. O co dokładnie mi chodzi? O to, że wydaje mi się, iż przez długi okres moje życie było puste. Często wmawiałam sobie, że nie mam żadnych znajomych, że nie mam do kogo się odezwać, że nie mam z kim wyjść na miasto, itede, itepe. Teraz pytam siebie: dlaczego? Dlaczego tak mówiłam? Przecież powyższy przykład tłumaczy, że właśnie wcale tak nie było. A ja po prostu naobserwowałam się za dużo i zaczęłam wymagać od życia nie wiadomo czego, jednocześnie nie doceniając tego, co mam. Dlatego też teraz, kiedy miewam te swoje chwile załamania, wysilam swój umysł i powracam myślami do tych wszystkich wydarzeń z przeszłości. Mniej lub bardziej istotnych, ale każde miało dla mnie jakieś znaczenie. Do dziś trzymam w swoich szafkach wszelakie drobne przedmioty, które gdzieś przypadkiem od kogoś dostałam. Czy to z okazji urodzin, czy to w ramach pamiątki z podróży, czy tak po prostu, ot, bezinteresownie. W chwili obecnej nie mam pojęcia, czego ja właściwie wymagałam od innych w tamtych czasach, ale wiem też, że sama byłam trochę inna. Teraz, mając tę świadomość, że mam sobie tych kilkoro znajomych, dwie najlepsze przyjaciółki i drugą połówkę, nie waham się z wysłaniem któremukolwiek z nich wiadomości z pytaniem czy się spotkamy. Wtedy, kiedy ja mam na to ochotę, to pytam. Jeżeli jedno nie może, to pytam kolejnych tak długo aż któreś faktycznie okazuje się znaleźć dla mnie chwilę czasu i potowarzyszyć mi gdzieś na mieście chociażby przez godzinę. Kiedyś, mając te  16 - 17 lat, bałam się zapytać koleżanki, z którymi znałam się właściwie prawie rok, czy wpadną do mnie na noc. Bo rodzice pojechali na wakacje i chata wolna przez, prawie, tydzień. Ale nie. Czułam jakąś dziwną blokadę i bałam się wyjść z taką inicjatywą, pomimo faktu, iż przecież nic by mi nie zrobiły. Często myślę sobie, że w tamtych czasach byłam żałosna. Przypomniała mi się też rzecz z tą nieszczęśliwą miłością, choć ten przykład akurat może się wydać głupi. Przez te pierwsze dwa lata liceum tak bardzo chciałam mieć swoją drugą połówkę i oglądałam się za chłopakami, do których i tak nigdy w życiu bym nie zagadała i w momencie, kiedy ktoś inny wyznał mi, na swój własny sposób, co do mnie czuje, ja tę miłość odrzuciłam. Oczywiście, jak same A. i M. mi ostatnio powiedziały, nic na siłę, ale przecież zawsze można było pozostać z tą osobą w relacjach czysto przyjacielskich, a ja nawet do tego nie chciałam doprowadzić. Może podświadomie bałam się, że i tak będę, w jakiś sposób, krzywdzić tę osobę? Sama nie wiem. No ale, było minęło. Niby nie ma co rozpamiętywać, bo ostatecznie zmieniłam się jednak na lepsze. Zawsze potrzebowałam jakiegoś towarzysza u boku i właściwie to go miałam. Bo jednak takie poszukiwanie miłości na siłę to była głupotka. W klasie maturalnej kompletnie przestałam myśleć o takich rzeczach i czułam się o wiele lepiej niż przez poprzednie dwie klasy. Zresztą, mówi się, że nie powinno się szukać na siłę, bo im bardziej za czymś biegniemy, tym odleglejsze się to wydaje. Dlatego postanowiłam poczekać. Żyłam swoim życiem. Wychodziłam na kawę, wpadałam na filmowe nocki do koleżanek, chodziłam do kina, na spacery - samotne lub nie. Jeździłam na konwenty, przechadzałam się na jakieś koncerty, starałam się wykorzystywać czas wolny w taki sposób, żeby samej czerpać z tego frajdę. W końcu nadeszły wakacje, te najdłuższe - pomaturalne. Myślę, że jako osoba, której z reguły niewiele do szczęścia potrzeba, wtedy zrobiłam chyba najwięcej rzeczy. Przeprowadziłam swój własny panel na konwencie, co prawda z pomocą A., ale wciąż. Żebrałam pod empikiem, o czym nawet tutaj kiedyś pisałam (przypominajka :)). "Wyrwałyśmy" z koleżankami chińskiego kucharza. Fakt, że podał nam swojego maila, pozwolił nam sobie zrobić z nim zdjęcie, a jeszcze kupił nam po napoju, to jednak jakieś osiągnięcie. Byłam na szalonym koncercie w Warszawie, po którym noc musiałam spędzić na dworcu. Wybrałam się na całodzienną wycieczkę do Krakowa, podczas której pierwszy raz wypiłam Bubble Tea, a moje zdjęcie wciąż wisi na ścianie w tamtejszej...bubbletearni (jakkolwiek by to nazwać). Spędziłam dwie noce pod namiotem, w ogródku bo w ogródku, ale wciąż było to jakieś nocowanie na łonie natury. Upiekłam moim gościom pancakes, a zawsze chciałam komuś zrobić jedzenie. Co prawda, nie były najlepsze, ale były. Generalnie, dużo wtedy piekłam. Upiekłam chyba najwięcej ciast i muffinek w całym swoim życiu. Pierwszy raz pojechałam też wtedy do Holandii. Tam poznałam wielu nowych ludzi, spędziłam z nimi miłe chwile, chociażby na wycieczce w Amsterdamie i w Hadze. Wtedy też spodobał mi się chłopak. Nic z tego nie wyszło, ale dziś mamy ze sobą stały kontakt i w żaden sposób nie czuję do niego nic większego. Zapewne było to zwykłe, przelotne zauroczenie. Potem wróciłam, aby móc w końcu spędzić czas z "moimi ziomkami", bez których, tamte wakacje, nie były tak całościowo wspaniałe. Teraz mogę je wspominać tylko z jednym z tych ziomków, no ale jednak - jak to się też mawia - ludzie przychodzą i odchodzą. Podobnie jak inny chłopak, którego z kolei poznałam dzięki koleżance ze studiów. O nim też tutaj kilka razy wspominałam. Ogólnie, okres od pomaturalnych wakacji do wakacji posesyjnych (sesjowych?) uważam za najlepszy w moim życiu. Dużo się wtedy działo, wielu ludzi się przewinęło, wiele wydarzeń, wypadów i skromnych lub mniej skromnych domówek. Kiedy robi mi się smutno i próbuję sama sobie poprawić humor, to wracam myślami właśnie do tych czasów. Potem wszyscy odeszli, a jedyny kontakt jaki mam z tymi osobami, z którymi wtedy spędzałam niemal każdy czwartek, a czasem nawet inne dni, mam na zasadzie "cześć - cześć", gdy się przypadkiem miniemy na ulicy. W każdym razie, nie powinnam chyba jednak aż tak narzekać na swoje życie. W sumie to kolega Sz. wciąż potrafi zapytać o wspólny wypad "na wino" w najmniej oczekiwanym momencie, a E. bezinteresownie napisze od czasu do czasu, aby np. powiedzieć, że będzie miał nowy odkurzacz. A., choć sama z siebie się nie odezwie, to w odpowiedzi na mojego głupkowatego Snapchata, napisze, że tęskni. P. się chyba na mnie obraził i można powiedzieć, że jesteśmy aktualnie w stosunkach antagonistycznych, ale dotychczas, gdy miał chwilę czasu, potrafił wysłać SMSa o treści "Robimy rozróbę?". No a B., mijając mnie na rowerze, potrafi się zatrzymać, przywitać, zapytać co tam, jak tam. Także, jeżeli chodzi o towarzyską część mojego życia i wspólne tworzenie wspomnień, tych mniej lub bardziej istotnych, to chyba jednak nie jest tak źle. Może ja rzeczywiście czasem przesadzam i popełniam ten błąd, porównując się z innymi. Bo to, że mój chłopak w wolnym czasie lubi sobie wypić z kolegami troszkę więcej niż powinien, a w przeszłości miał ∞ ilość dziewczyn, bo szukał właśnie tej jedynej, to jest tylko i wyłącznie kwestia tego, jakie życie on lubi prowadzić. Nie powinnam uważać się za osobę dziwną, kiedy zamiast szukać desperacko chłopaka, wolę wpaść na domówkę do znajomych mangowców i mieć z nimi świetny ubaw przy grach planszowych i kpopie. Może czasem też przy alkoholu, lecz jednak nie w takich ilościach. A zamiast wyjść w Halloweenowy piątek na jakąś szaloną imprezę, wolę w towarzystwie bliskiej koleżanki wybrać się na całonocny maraton do kina. I podczas, kiedy inni po takim szalonym piątku kacują, ja odsypiam spokojnie po prostu nieprzespaną noc, a wczesnym wieczorem wykorzystuję fakt, że odwiedziła mnie ukochana i jedyna starsza siostra i mogę z nią porozmawiać o pierdołach. Musi do mnie dotrzeć w końcu, aby nie sugerować się tym, co robią inni, a robić to, co ja uważam za słuszne i na co ja mam ochotę. Dlatego teraz jeszcze tylko zrobię pewną ważną rzecz, a za chwilę wyjdę na spotkanie mangowe, gdzie spędzę czas w towarzystwie, może trochę ekscentrycznych, ale sympatycznych ludzi i z pewnością wrócę do domu z dobrym humorem i świadomością, że ten czwartkowy wieczór mogłam spędzić poza domem, nie zapijając się litrami alkoholu, ale wciąż mając dobrą zabawę. Tyle na dziś ode mnie i żegnam się z uśmiechem :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz