15.1.16

alone at sea

To pozytywne myślenie mi chyba jednak nie wychodzi. Coraz więcej rzeczy zaczyna mnie przytłaczać, przez co nawet nie potrafię zająć się czymś innym, co by właśnie o tych rzeczach nie myśleć. Zamknęłam się w jakimś swoim świecie, udając, że jest dobrze, a tak naprawdę wcale nie jest. Czuję, że pozostałam sama z samą sobą, choć z punktu widzenia osoby z zewnątrz tak nie jest. Przecież wpadły do mnie na kawę koleżanki z liceum, byłam na herbacie u koleżanki z gimnazjum, dzisiaj idę na obiad z chłopakiem. Pisałam ostatnio motywującą wiadomość do bliskiej koleżanki, zamieszkującej teraz w Anglii, a codziennie wymieniam się wiadomościami z jedną z moich dwóch najlepszych przyjaciółek. Ostatnio usłyszałam też od dawno nie widzianej znajomej frazę "bo kto by Cię nie kochał?!". Powinnam uśmiechać się do siebie, myśleć o tej garstce ludzi, których mam, z którymi mogę pojechać na wycieczkę, wyjść do kina czy napić się gorącej herbaty przy dobrym filmie w domu. Nie wiem dlaczego nie potrafię tego docenić. Dotychczas brakowało mi tej drugiej połówki, lecz teraz, gdy już ją mam, wciąż czuję, że czegoś mi brakuje. Czego jednak? Jakby nie patrzeć, przez cały czas robię to samo, co przez ostatnie trzy lata. Gdy ja mam na to czas i chęci, wychodzę to tu, to tam. Podobnie jak z osobami, które mi towarzyszą. Kiedy nie mamy czasu i chęci, to nie wychodzimy. Gorzej, gdy ty masz czas i chęci, a wszyscy inni mają czas dla innych, tylko nie dla ciebie. Ale czy tak faktycznie jest przez cały czas? Potrafimy zagospodarować dla siebie czas w tygodniu, umawiać się na konkretne terminy, zaklepywać sobie określone daty. O co więc mi chodzi? Dlaczego w kwestii życia towarzyskiego nie czuję się spełniona? Nawet, gdy odejdzie jakaś znana gwiazda, mam znajomych, którym mogę to ogłosić i razem z nimi uczcić ten fakt minutą ciszy. A potem, jeśli po spotkaniu, to wracam do domu, jeśli po rozmowie, to zamykam wszystkie komunikatory, zaszywam się w swoim łóżku i zaczynam płakać. Dlaczego płaczę? Dlaczego wciąż mi smutno? Gdzie się podziało to bezinteresowne szczęście, które we mnie było jeszcze w czerwcu? Pomimo, że nie zdałam licencjatu, że miałam poprawki na studiach, że miałam drobne konflikty z mamą, że musiałam na gwałt szukać nowej promotorki i zaczynałam pisać nową pracę, pomimo tych wszystkich rzeczy, które przyprawiały o smutny nastrój, potrafiłam następnego dnia obudzić się z uśmiechem na twarzy, włączyć chińską muzykę, koślawo do niej tańczyć i śpiewać razem z wokalistami te angielskie frazy. Potrafiłam odpalić jakiś międzynarodowy komunikator i pisać z masą randomowych ludzi, wśród których część była strasznymi zboczuchami, a ja i tak miałam z tego ubaw. Potrafiłam wieczorami oglądać filmy z ulubionymi aktorami, sącząc przy tym piwo przyniesione przez tatę. Nie martwiłam się niczym, ciesząc się wszystkimi chwilami, jakie spędzałam przy filmie, pisząc z dziwnymi ludźmi czy nawet pijąc samotnie kawę w kuchni. Potem wychodziłam na spacery, załapując się na pyszne, darmowe kanapki i głupkowaty film lub chwilę relaksu nad jeziorkiem i pizzę pod koniec dnia. A przedostatniego dnia pobytu w Polsce, potrafiłam wyjść zupełnie spontanicznie na spotkanie z grupą znajomych i bawić się dobrze jakoś do 2 w nocy. Nic mnie nie martwiło, nie myślałam o tym, że jest ze mną źle, bo jeszcze nie miałam chłopaka, bo miałam (i wciąż mam) tę ograniczoną grupę znajomych, z którymi jednak mogę wyjść, gdy sesja letnia się kończy. Potem wyjechałam, poznałam kolejnych ludzi, z którymi spędzałam miły czas, poznałam jego, wróciłam do Polski, wykorzystując fakt, że wrzesień jest jeszcze wolnym miesiącem dla studentów i wychodziłam to tu, to tam. Czasami sama sączyłam piwko na tzw. Górce Śmierci, myślałam o życiu i uśmiechałam się sama do siebie, mówiąc sobie, że przecież moje życie nie jest takie tragiczne. Coś tam się w nim jednak dzieje. Potem wrócił on, a jeszcze tego samego dnia, jak miałam się z nim zobaczyć, zdążyłam odhaczyć spotkanie z kolegą, z którym też nie widzieliśmy się kawał czasu. Październik doszedł do połowy, a mnie nagle zaczęło coś dręczyć. Najpierw mama, potem długi czas niewidzenia się z nim (to okropne, aż cztery dni!), potem o różnych rzeczach słuchałam, różnych rzeczy się dowiadywałam od różnych ludzi i tak z każdym dniem zaczynałam się czuć beznadziejnie. Jakaś gorsza, dziwniejsza. Taka co to woli kpop i indie niż klasykę rocka. Taka co dotychczas miała krótkie włosy i dlatego mogła się nie podobać żadnemu facetowi. Taka, której poglądy mogły się trochę różnić od poglądów innych ludzi. Taka, która wolała wyjść na ulicę w pstrokatych spodniach i różowym swetrze. Taka trochę wyróżniająca się na tle innych. Taka, która przez pięć godzin woli chodzić ze słuchawkami na uszach niżeli przez pięć godzin siedzieć w miejscu i gadać o głupotach. Ale wiecie co mnie martwi najbardziej? Że po tych ponad dwudziestu dwóch latach nie wiem kim jestem. Zgubiłam swoją tożsamość. Już nie słucham kpopu (a przynajmniej nie tak często jak kiedyś), nie noszę się AŻ tak kolorowo (ale już jakiś czas temu planowałam trochę zmienić swoją garderobę), czasami w ogóle nie mogę wyrażać swoich poglądów, bo co po niektórzy się po prostu z nimi nie liczą, już nie ścinam ani nie farbuję włosów, choć czuję, że bardzo chciałabym znów wrócić do czerwieni, na samotne spacery wciąż czasem wychodzę, ale ostatnio odnoszę wrażenie, że marnuję czas, błądząc tak sama. Podczas kiedy inni spędzają miły czas w swoim towarzystwie, ja się włóczę po ciemku, słucham cicho muzyki, a gdy wiem, że w danym miejscu nikt mnie na pewno nie zobaczy, to znów zaczynam płakać. Kim ja jestem i co się ze mną stało? Co mam zrobić, żeby się tak nie czuć? Już mi nic ostatnio nie pomaga... Jestem zlękniona, a czasem, to nawet żyję w strachu przed sobą samą. Nikt mi nie mówił, że będę musiała się zmagać ze swoją własną, zepsutą psychiką. Nikt mi nie powiedział...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz