26.12.15

Święta, święta...

...i koniec. Po 22 latach swojej egzystencji dochodzę do wniosku, że ten cały szał świąteczny jest, co najmniej, przereklamowany. Każdy, z kim rozmawiam, opowiada mi, że dni zlatują mu na siedzeniu w domu i jedzeniu. Żeby było ciekawiej, mało kto odwiedza swoje dalsze lub bliższe rodziny. Albo po prostu to zarówno ja, jak i moi znajomi, wiedziemy takie życia, że poza spędzaniem kilku godzin dłużej z rodzicami, rodzeństwem i dziadkami, o ile takowych jeszcze mamy i mieszkają razem z nami, nikt więcej nam do szczęścia niepotrzebny. A przynajmniej jeśli chodzi o rodziny. Muszę też przyznać, że tegoroczna Wigilia była o niebo lepsza od poprzedniej, bo tym razem nie chorowałam. Rok temu bardzo ciężko się jadło uszka, cierpiąc na brak apetytu, siedząc otulona kocem i z termometrem pod pachą, który wskazywał temperaturę wyższą niż stan podgorączkowy. Tegoroczną wigilię spędziłam z rodzicami, starszą siostrą i jej dziewięcioletnim synkiem. Nikt więcej nie przyszedł, bo nikogo więcej nie zapraszaliśmy ani nikt nie zapraszał nas. Ale tak jest chyba lepiej, prawda? Lepiej się popłakać w towarzystwie tych naprawdę najbliższych niż robić cyrki przy ciociach i wujkach, których się widuje raz do roku, o ile w ogóle do roku. Na pytanie ojca, co powinien mi właściwie życzyć, odpowiedziałam mu, że zdrowia psychicznego. I tego mi życzył. W końcu jakoś się uspokoiłam, może dlatego, że w tym roku dostałam naprawdę fajne prezenty. Może trochę ze mnie materialistka, ale jak się okazało, nic mnie nie cieszy tak jak długo oczekiwany przeze mnie komiks z Batmanem. Do tego puzzle i kalendarz z Avengersami, a na chwilę, gdy znów złapię doła pyszna chałwa i uśmiechnięty, pluszowy Szczerbatek. Z dumą będę nosić koszulkę z kotkiem, który bardzo przypomina Leo - kota mojej siostry. Wzbogaciłam się także o dwie figurki - kaczora i słonia - czyli kolejne dwa, trochę zbędne, ale wciąż ładnie wyglądające, przedmioty do tego, by mógł na nich osiadać kurz. Ciepłe skarpetki w serca, które mają na celu ogrzewać moje stopy w chłodne wieczory, kiedy to kaloryfer i kołdra z kocem już nie będą dawały rady. Krem do rąk o przyjemnym cynamonowym zapachu, bo ktoś chyba podsłuchał, że cierpię na jego brak. Ach, no i też coś za co wreszcie będę mogła sobie kupić jakieś ciuszki. No i, oczywiście, słodycze, lecz nie w takich ilościach, w jakich dostawało się słodycze za dzieciaka. Rafaello, duża Milka, już wcześniej wspomniana chałwa i kilka czekoladowych monet. Będzie czym zagryzać ewentualne smutki, choć na chwilę obecną, nie mam jakoś ochoty na słodycze. A i owe świąteczne obżarstwo też jest drobną przesadą, jak dla mnie. Mama nie będzie znosić jedzenia jak dla wojska, więc na stole wigilijnym znalazło się tyle, aby wszystko faktycznie zostało zjedzone. Jeszcze drugiego dnia na śniadanie wszamaliśmy uszka z pierogami, a dziś będziemy dojadać resztki z wczorajszego obiadu. Siostra już wróciła do siebie, tata pojechał do pracy, a mama się pochorowała. Ja zabijam czas długimi spacerami po swoim mieście, gdyż temperatura jest na tyle dodatnia, że mogę sobie na to pozwolić. Dziś znów to zrobię, przy okazji zahaczając o dworzec kolejowy. Nie, nigdzie nie wyjeżdżam. To ktoś do mnie przyjeżdża. W końcu. Po prawie dwóch tygodniach niewidzenia, zaczęłam odczuwać taką tęsknotę, że nie mogę nic zrobić, bo tylko myślę o tym, aby Go wreszcie zobaczyć. Dziw, że udało mi się do końca przeczytać ten Batmanowy komiks. Sobie sama sprawiłam książkę - "Chwile Ulotne" Neila Gaimana. Zbiór opowiadań, ale zaczęłam czytać pierwsze i przerwałam, bo...się właśnie rozproszyłam. Może dziś się uspokoję tak kompletnie. Będę się uśmiechać, nie będę już płakać. Poczuję się znów taka spełniona. A przynajmniej troszkę. Generalnie, po Wigilii przestałam czuć, że w ogóle trwają jakieś święta. Dziś czuję się jak w każdy normalny dzień. Teraz byle do obiadu, a potem się szeroko uśmiechnę.
Postanowienia noworoczne? Nie ma sensu ich tworzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz