9.12.15

settle down

Jakoś tak ostatnio się dziwnie dzieje. Tutaj, tam, wszędzie. Nie chodzi nawet o fakt, że ktoś mnie denerwuje, czyjeś zachowania sprawiają, że się smucę lub wściekam. Nie, nie. Czasem tak sobie myślę o wszystkim i o niczym, jednocześnie starając się pocieszyć samą siebie. Od dłuższego czasu miewam takie dni, kiedy tylko leżę i smucę się tak po prostu, bez powodu, gdzie inne mam takie, kiedy wspominam miłe chwile i uśmiecham się sama do siebie. Chociaż, nie rozkłada się to na dni, a zazwyczaj, nawet na godziny. Na przykład wczoraj. Wczoraj myślałam sobie o tej osobie, która, ostatnimi czasy, jest najbliższa memu serduszku i skutecznie daje mi do zrozumienia, że wcale nie jestem taka brzydka i beznadziejna, jak to czasem zdarza mi się pomyśleć o sobie. Chwilę potem myślę sobie z kolei o tym, że jestem "tą kolejną", ale podobno już ostatnią. Słysząc "A dlaczego miałbym się rozglądać za inną? Przecież lepszej od Ciebie już nie znajdę" myślę sobie, że może coś w tym jest. Jak to dobrze być, po tych, ponad dwudziestu, latach uważaną za tą najlepszą. Rzekomo idealną. Bo (podobno) dobrze wyglądam, (podobno) ładnie się uśmiecham, (podobno) mam wspaniały charakter i (podobno) nie marudzę, tak jak to kobiety mają w zwyczaju. Marudzę, owszem, ale z umiarem (podobno). Dziwnie mi jednak czasem z myślą, że przez większość czasu byłam taka niedoceniana. Przyjaciółki, wiadomo, powiedzą miłe słowa, ucieszą się, że jestem. Że napiszę. Że wpadnę w odwiedziny. A jak już upiekę ciasto, to tylko po nogach całować, ale jednak...kobiety lubią być adorowane. W większości przypadków. Nawet nie chodzi o to czy przez mężczyzn, czy przez inne kobiety, bo w dzisiejszych czasach fakt różnych orientacji seksualnych jest już normalnością. Miło czasem usłyszeć ładne słowa od osób, które mogłyby nas postrzegać jako ewentualne drugie połówki. Nie ukrywam, że faktycznie, mój chłopak nie jest pierwszą osobą, która darzy mnie komplementami. Mam jakieś tam kilka sytuacji z życia, kiedy różne osoby dawały mi do zrozumienia, że chyba jednak nie jestem im AŻ TAK obojętna, ale z reguły kończyło się tak...nagle. Tak jakby, właśnie tym osobom, właściwie na mnie nie zależało. Albo może to z mojej strony wyglądało tak, jakby to mi nie zależało. Jaki jest właściwie mój problem? No właśnie chyba taki, że mam tę smutną tendencję do porównywania się z innymi ludźmi. Pomimo faktu, że przecież każdy jest inny oraz każdy wiedzie życie na swój własny sposób, i robi takie rzeczy, które to tej jednostce sprawiają przyjemność, to mimo wszystko, czuję się gorsza. Czasami. Albo częściej niż czasami. Bo czasami się nie czuję. W zależności od sytuacji. 

Pierdolenie. Ale tak jakoś.
Nie ulżyło mi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz