14.12.15

heart out

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że musi się zdecydować, czego tak naprawdę chce. Każdy z nas w końcu ma jakieś życiowe cele, które chciałby osiągnąć. Czy to teraz, czy to kiedyś. Wiadomo, będąc młodszym ma się nawet większe ambicje, więcej planów, patrzy się przychylniej na ewentualną przyszłość. A potem lata mijają, my stajemy się dorośli i połowa z tych planów, snutych za dzieciaka, sypie się całkowicie. Nie ukrywam, że moje pewne cele, które wymyśliłam sobie jakoś w gimnazjum, wciąż krążą mi po głowie, a ja wierzę, że prędzej czy później uda mi się je osiągnąć. O ile jednak wycieczka do Japonii może okazać się, wbrew pozorom, prostą rzeczą do spełnienia, gdyż wszystko jest kwestią znalezienia jakiejkolwiek pracy, odłożenia jakiejś tam kwoty i znalezieniem osoby towarzyszącej na taką podróż, o tyle napisanie książki zostanie urzeczywistnione dopiero wtedy, gdy znajdzie się motywacja. A motywacja czasem gdzieś tam jest. Gdy już kompletnie nie mam co robić, zdarza mi się przysiąść do laptopa i coś tam sobie naskrobać w tym wordzie. Innego dnia znów siadam, by to przeczytać, a wtedy dochodzę do wniosku, że to jednak jest kiepskie. I tak mijają kolejne dni. Jakimś tam bardziej przyziemnym celem, mniej poważnym i może nawet trochę płytkim, było odnalezienie tej drugiej połówki. Tak, chyba w każdym kolejnym wpisie będę gdzieś tam po drodze nawiązywać do tej osoby. Wczorajsze popołudnie dało mi jednak trochę do myślenia. Poznaliśmy się pięć miesięcy temu, a wiadomo jak to jest na początku. Pięknie i kolorowo. Trawa rośnie, ptaki śpiewają, tęcza pojawia się nawet, gdy nie pada. A potem zaczynacie się poznawać. Ile to pięknych słów usłyszałam na początku. Wciąż je słyszę, lecz nie są aż tak piękne, jak te wtedy. Czuję, że utknęłam w czymś dziwnym i jeśli ja się w jakiś sposób nie postawię, tak będę egzystować w związku, który od niedawna, nie sprawia mi żadnej radości. I o ile nie stronię od alkoholu, tak jednak zapijanie się w trupa co weekend, nie bawi mnie aż tak bardzo. To uczucie, gdy budzisz się rano i nie pamiętasz nawet, w którym momencie w ogóle poszłaś do łóżka, nie należy do najprzyjemniejszych. Tym bardziej, jeśli osoba obok której się budzisz, najchętniej by przespała cały dzień. Ale widzicie, problem we mnie jest taki, że nawet jeśli coś mi nie podpasuje, to ja wciąż będę biegać jak ten piesek na zawołanie pana. Ugotuję obiad, posprzątam, zapłacę za alkohol, którego nawet nie chce pić. Wrócę, choćby świat się miał walić i palić, to ja i tak wsiądę w ten cholerny pociąg. I takie to są właśnie efekty osiąganych przeze mnie celów. A ja w swoim domu tak często nie sprzątam ani nie gotuję. Chciałabym naprawdę być szanowana. Choć raz chciałabym zostać potraktowana tak jak moja najlepsza przyjaciółka, którą teraz traktuje się wręcz po królewsku. Chciałabym przyjechać, dostać ciepły, smaczny obiad, zostać przykryta kocem, kiedy powiem, że mi zimno, a jeszcze, żeby mi wręczono do ręki kubek z moją ulubioną herbatą. A mogłoby być nawet kakao. Albo kawa. Chciałabym obudzić się rano razem z tą drugą osobą. Otworzyć oczy w tym samym momencie, uśmiechnąć się do siebie i dać sobie po buziaku. Żeby to on wstał pierwszy, naszykował mi kąpiel, a w momencie, gdy będę zajmować łazienkę, on zrobi śniadanie. A po wspólnym śniadaniu obejrzeć jakiś film, a w ramach obiadu wyjść do jakiejś miłej knajpki, co by po drodze mieć jeszcze jakiś spacer. Bliżej wieczoru już nawet kupić po butelce piwa i usiąść na ławce w parku, by je powoli sączyć i rozmawiać o pierdołach. A przecież w październiku było tak miło. I choć jeszcze nigdy nie dostałam śniadania do łożka, tak tę parę razy potrafiliśmy się razem obudzić, wstać, napić gorącej herbaty, a potem wyjść do sklepu i wspólnie przyrządzić to śniadanie. A w przerwie od późniejszego oglądania filmu zrobić razem obiad. Nawet jeszcze sam wtedy mył naczynia. Wieczorem wyjść do pubu na mecz i wypić piwo, ale w kulturalnych ilościach. I w końcu wrócić do domu, i po prostu zasnąć w swoich objęciach. Ale jak już mówiłam...takie są początki, a potem ludzie się poznają. A ja w to brnę i jeżeli nic się nie zmieni, to chociaż ja będę musiała coś zmienić. Znów będę musiała coś zmienić w swoim życie. Także, takie to są cele, których spełnienie albo satysfakcjonuje nas na początku albo wciąż czekają na to, by je wreszcie spełnić. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Że pójdziemy w końcu razem na to lodowisko, że pozna moich rodziców, oni go jednak polubią i nawet, jeśli mielibyśmy zjeść obiad zamknięci w moim pokoju, to chociaż zróbmy to tak, żebyśmy patrzyli na siebie, a nie w ekrany komputera/telefonu. Chyba właśnie to jest jedna z tych rzeczy, o którą w tym momencie chciałabym poprosić Świętego Mikołaja. Szacunek i trochę więcej uwagi. I spełnienie chociaż kilku moich zachcianek.
Tyle na dziś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz