29.12.15

Get the cool shoeshine.

^Tytuł dzisiejszego wpisu jest kompletnie niezwiązany z tym, o czym chciałabym dzisiaj prawić, ale z racji faktu, że słucham właśnie Gorillaz, a "19-2000" wprawia mnie w ,co najmniej, pozytywny nastrój, postanowiłam, ot tak, sobie napisać fragment tekstu w tytule. Wiem, że nie muszę się tłumaczyć z takich rzeczy, ale robię to, bo mogę. Z czym dziś przychodzę? Stwierdziłam, że zrobię jakieś skrótowe podsumowanie minionego roku. Jeżeli dobrze pójdzie, to do 2ego stycznia nie będę miała czasu na to, aby w ogóle siedzieć w Internetach, a dzisiejsze popołudnie jest chyba ostatnim, które spędzę w samotności. Szczęście w nieszczęściu. Bo z jednej strony mam ochotę posiedzieć sama, albo chociaż z tą jedną osobą, z drugiej strony smutno trochę jak nie ma do kogo gęby otworzyć. A jak już otwierać gębę, to właśnie do tego kogoś jednego. No ale już ostatnio spędziliśmy czas tylko we dwoje i skończyło się na tym, że niedzielę przeleżeliśmy w łóżku. Uwaga, moi Drodzy, wszem i wobec muszę teraz stwierdzić, że zaczynam bać się alkoholu. Albo to mój żołądek. Dzisiaj, zapewne, znów z trudem będzie mi uniknąć takiej formy spędzania czasu, ale może cudem uda mi się jakoś z tego wybrnąć. MOŻE, co nie znaczy, że na pewno. Jednak nie do końca o tym dzisiaj chciałam. Moja przyjaciółka M. kiedyś, w ramach noworocznego postanowienia, chciała raz w miesiącu robić coś nowego. Sama teraz do końca nie wiem czy jej się to ostatecznie udało, ale jeśli chodzi o mnie i moje "co miesięczne aktywności", to można stwierdzić, że w minionym roku coś takiego mi się, mniej więcej, udało, i to zupełnie nieświadomie. Zacznę więc od początku...

Styczeń
W Styczniu byłam na Hobbicie. Upiekłam swoje najlepsze, jak dotąd, czekoladowe muffinki. Wysłałam list to Tajwańskiego kolegi. I do Pat. Robiliśmy herbatę na prowizorycznym ognisku w puszce. I to dwa razy! Byłam na połówce maratonu z Harry'm Potterem. Na jeden film weszłam w połowie. Oglądałam z Asią "Angel Beats", wcześniej grając w gry na konsoli. Wzięłam udział w słynnym "afterku u Bonia" i chyba nawet tym afterkiem zakończyłam styczeń. Nowe doświadczenia? Ognisko w puszcze. Pierwszy raz w życiu piłam herbatę na dworze, w deszczu, gdzie wodę gotowano nad malusim ogniskiem, zamiast skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji, skoczyć do czyjegoś domu i skorzystać z czajnika. Całkiem prawdopodobne, że po prostu ćwiczyliśmy przez przymusem przetrwania w dziczy. Nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć.

Luty
W Lutym poznałam ewentualny materiał na chłopaka, ale po kilku spotkaniach i rozmowach na Facebooku doszłam do wniosku, że to jednak nie to. Ale dzięki niemu wzięłam udział w walentynkowym konkursie na lodowisku i wygraliśmy wyjazd na narty do Czech, który ostatecznie nie wypalił. Z jednej strony szkoda, że nie wypalił, z drugiej strony nie wiem czy chciałabym spędzać swój cenny czas akurat w takim towarzystwie. W same Walentynki byłam w Warszawie na koncercie Łąki Łan. Pojechałam tam i poszłam ZUPEŁNIE SAMA. Początkowo miałam się wybrać z randomowym chłopakiem, poznanym na last.fm, ale ostatecznie chłopak albo spanikował, albo faktycznie nie miał czasu. Jednocześnie, gdzieś tam po drodze, próbowałam się skupiać na pisaniu licencjatu, lecz różnie to z tym bywało. Nowe doświadczenia? Właściwie wszystko, co tu opisałam. Nigdy wcześniej nie byłam na koncercie tak sama, bez żadnych znajomych. A i tak się dobrze bawiłam.

Marzec
W Marcu byłam na koncercie kpopowym! Zaczynam od tego, bo to akurat początek miesiąca był. Czyli kolejny miesiąc w Warszawce. Wtedy też zgubiłam portfel, który, na szczęście odzyskałam. Wróciłam rozchorowana, ale czasami fajnie tak leżeć cały dzień w łóżku i nic nie robić. Jak jest się chorym, to przynajmniej ma się ku temu pretekst. Wtedy też miałam remont w mieszkaniu i na dwa tygodnie wyniosłam się do siostry. Po drodze odwiedziłam Julię w Poznaniu i poznałam (hehe) kilkoro jej znajomych, których wcześniej nie znałam. Byłyśmy razem na zlocie tomboy, jednocześnie będąc najmniej tomboyowe z całego towarzystwa. W Marcu zgodziłam się też na bycie współorganizatorką jednodniowego mangowego eventu u nas w mieście. Nowe doświadczenia? Sam fakt koncertu KPOPowego. Pierwszy raz jak coś zgubiłam, to to odzyskałam. ...chociaż nie. Kiedyś zgubiłam iPhone'a, ale po tygodniu też go odzyskałam. Zlot tomboy, no i ta zgoda na organizację eventu.

Kwiecień
Jak tak sobie o tym myślę, to w kwietniu nie działo się chyba NIC, wartego zapamiętania lub wspominania. Im bardziej wysilam swój umysł, tym mniej cokolwiek przychodzi mi do głowy. To wszystko dlatego, że zostały dwa miesiące do oddania licencjatu, a ja byłam, że się tak brzydko wyrażę, w dupie. Zero nowych doświadczeń.

Maj
Maj zaczął się wycieczką do Zielonej Góry. W drodze powrotnej zaczepił mnie jakiś przypadkowy mężczyzna, opowiadając o jakimś festiwalu piwa i zakończył do zaproszenie słowami "bierz chłopaka i idźcie!". Wtedy, będąc jeszcze sama, odpowiedziałam po prostu, że takowego nie posiadam, i kolejne słowa "To trzeba znaleźć!". Wtedy bym go jeszcze wyśmiała, ale dwa miesiące później faktycznie się znalazł. Lecz o tym później. W Maju dowiedziałam się też, że jednak nie zdam tego "pierdolonego licencjatu", więc generalnie, końcówka tego miesiąca była dość smutna. A do nowych doświadczeń mogę zaliczyć sam fakt wycieczki do ZIELONEJ GÓRY, czyli miasta, w którym wcześniej jeszcze nie byłam.

Czerwiec
W Czerwcu dostałam szansę na napisanie pracy na nowo. Teraz muszę powtarzać rok, tj. robić różnice programowe. Ogólnie bez sensu, ale przynajmniej promotorkę dostałam lepszą. Wtedy bardzo zacieśniłam swoje więzy ze swoimi chińskimi kolegami, bo oni mieli mi pomóc napisać pracę. W Czerwcu byłam też na imprezie urodzinowej u moich kpopowych ziomków. Było milutko. To był chyba jeden z niewielu miesięcy, w których żyłam w bardzo długiej zgodzie z moją mamą. Och, oczywiście wtedy wzięłam też udział w Nocy Kultury. Bardzo fajna sprawa. I widziałam na żywo Kasię Kowalską! Tak w ramach opolskiego festiwalu. Do nowych doświadczeń mogę więc zaliczyć to szalone "spotkanie".

Lipiec
W lipcu wyjeżdżałam do Holandii. Jakieś dwa dni przed wyjazdem mieliśmy świetną "imprezkę" pożegnalną z mangowymi ziomkami. Naprawdę miło ją wspominam i nawet dużo pamiętam. W Holandii już będąc, robiłam to co rok temu i trzy lata temu - pracowałam na lotnisku, dbając o czystość na pokładach samolotów. Poznałam też nowych ludzi, a w tym...właśnie...TEGO JEDYNEGO. A już naprawdę sądziłam, że nie ma dla mnie nadziei i jednak będę musiała polegać na opcji "Osoby w pobliżu" na WeChacie i spotykać się z randomowymi Azjatami. Nowe doświadczenia? "W sumie przy naszym drugim spotkaniu byliśmy już razem" - chyba tak.

Sierpień
Wciąż Holandia. Cały sierpień spędzony w jego towarzystwie. Amsterdam odwiedzony dwa razy. I dwa razy było miło. Po drodze zaczepiali nas jacyś dziwni ludzie. Jedni rozdawali mydełka, wyglądające jak cukierki. Inni próbowali wyżebrać pieniądze. A jeszcze inni wcisnąć nam kokę. Nie wiem czy przeżyłam wtedy jakieś, stricte, nowe doświadczenia, ale miesiąc sam w sobie był milusi.

Wrzesień
We Wrześniu byłam już w Polsce. Wtedy po raz pierwszy odwiedziłam też Belgię - Brukselę i Gendawę. Wróciłam też na chwilę do Holandii, gdzie wreszcie zwiedziłam Rotterdam. Generalnie, ten ostatni tydzień września był naprawdę przyjemny. I już opisałam swoje nowe doświadczenia. Poza tym, podobnie jak sierpień, cały wrzesień był miły. Musiałam go jednak spędzić bez mojego lubego, który postanowił zostać jeszcze w Holandii..

Październik
Wtedy on do mnie wrócił, co mnie bardzo ucieszyło. Wtedy też, razem z Julią, pojechałyśmy do Warszawy (ach, znów ta Warszawa!) na koncert Pianos become the teeth. Przeprawa do klubu trwała ogólnie dłużej niż sam koncert, ale ogólnie, bardzo mi się podobało. W październiku byłam też w Norwegii, również razem z Julią. Z nią to zawsze spędzamy ciekawie czas, gdziekolwiek byśmy nie były. Jednego dnia zostałam też zmuszona do pójścia do pubu na mecz, a kiedy wszyscy się cieszyli, że Polska wygrała, ja tylko się uśmiechnęłam i z udawanym entuzjazmem powiedziałam "Taaak". I jakoś to się tam dalej toczyło. O, i w sumie pierwszy raz spędziłam swoje urodziny tak, że ich nie pamiętam. A przynajmniej część swoich urodzin, bo owa "impreza" miała miejsce z soboty na niedzielę, a to w niedzielę miałam urodziny. W sumie nie ma czym się chwalić, jeśli chodzi o to "niepamiętanie".

Listopad
Czy coś wartego wspominania działo się w listopadzie? Ach, tak. Zrobili mi profesjonalny make-up i pierwszy raz w swoim życiu kupiłam krem za 90 zł. Skończył się kilka dni temu. Nigdy nie kupujcie kremów w takich cenach, bo nie starczą na za długo. Ale ja nie miałam wyboru. W listopadzie byliśmy też na spontanicznym wypadzie w górach. To była bardzo ciekawa wycieczka. Potem zrobiło się jakoś...nijakoś. O, zapomniałabym o jednym treningu cross fitu i potrójnej imprezie urodzinowej (PRZEBIERANEJ) w Czarnowąsach. Byłam Larą Croft. Haha.

Grudzień
Był chyba jednym z najbardziej dołujących miesięcy mojego życia. I nie mam nic więcej do dodania.

To by było na tyle. Życzę wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku. I spełnienia wszelakich postanowień noworocznych, o ile takowe zostały stworzone.
Sylwester chyba jednak spędzę w domu. Z Nim.
Nawet jak nie w domu, to na pewno z Nim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz