29.12.15

Get the cool shoeshine.

^Tytuł dzisiejszego wpisu jest kompletnie niezwiązany z tym, o czym chciałabym dzisiaj prawić, ale z racji faktu, że słucham właśnie Gorillaz, a "19-2000" wprawia mnie w ,co najmniej, pozytywny nastrój, postanowiłam, ot tak, sobie napisać fragment tekstu w tytule. Wiem, że nie muszę się tłumaczyć z takich rzeczy, ale robię to, bo mogę. Z czym dziś przychodzę? Stwierdziłam, że zrobię jakieś skrótowe podsumowanie minionego roku. Jeżeli dobrze pójdzie, to do 2ego stycznia nie będę miała czasu na to, aby w ogóle siedzieć w Internetach, a dzisiejsze popołudnie jest chyba ostatnim, które spędzę w samotności. Szczęście w nieszczęściu. Bo z jednej strony mam ochotę posiedzieć sama, albo chociaż z tą jedną osobą, z drugiej strony smutno trochę jak nie ma do kogo gęby otworzyć. A jak już otwierać gębę, to właśnie do tego kogoś jednego. No ale już ostatnio spędziliśmy czas tylko we dwoje i skończyło się na tym, że niedzielę przeleżeliśmy w łóżku. Uwaga, moi Drodzy, wszem i wobec muszę teraz stwierdzić, że zaczynam bać się alkoholu. Albo to mój żołądek. Dzisiaj, zapewne, znów z trudem będzie mi uniknąć takiej formy spędzania czasu, ale może cudem uda mi się jakoś z tego wybrnąć. MOŻE, co nie znaczy, że na pewno. Jednak nie do końca o tym dzisiaj chciałam. Moja przyjaciółka M. kiedyś, w ramach noworocznego postanowienia, chciała raz w miesiącu robić coś nowego. Sama teraz do końca nie wiem czy jej się to ostatecznie udało, ale jeśli chodzi o mnie i moje "co miesięczne aktywności", to można stwierdzić, że w minionym roku coś takiego mi się, mniej więcej, udało, i to zupełnie nieświadomie. Zacznę więc od początku...

Styczeń
W Styczniu byłam na Hobbicie. Upiekłam swoje najlepsze, jak dotąd, czekoladowe muffinki. Wysłałam list to Tajwańskiego kolegi. I do Pat. Robiliśmy herbatę na prowizorycznym ognisku w puszce. I to dwa razy! Byłam na połówce maratonu z Harry'm Potterem. Na jeden film weszłam w połowie. Oglądałam z Asią "Angel Beats", wcześniej grając w gry na konsoli. Wzięłam udział w słynnym "afterku u Bonia" i chyba nawet tym afterkiem zakończyłam styczeń. Nowe doświadczenia? Ognisko w puszcze. Pierwszy raz w życiu piłam herbatę na dworze, w deszczu, gdzie wodę gotowano nad malusim ogniskiem, zamiast skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji, skoczyć do czyjegoś domu i skorzystać z czajnika. Całkiem prawdopodobne, że po prostu ćwiczyliśmy przez przymusem przetrwania w dziczy. Nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć.

Luty
W Lutym poznałam ewentualny materiał na chłopaka, ale po kilku spotkaniach i rozmowach na Facebooku doszłam do wniosku, że to jednak nie to. Ale dzięki niemu wzięłam udział w walentynkowym konkursie na lodowisku i wygraliśmy wyjazd na narty do Czech, który ostatecznie nie wypalił. Z jednej strony szkoda, że nie wypalił, z drugiej strony nie wiem czy chciałabym spędzać swój cenny czas akurat w takim towarzystwie. W same Walentynki byłam w Warszawie na koncercie Łąki Łan. Pojechałam tam i poszłam ZUPEŁNIE SAMA. Początkowo miałam się wybrać z randomowym chłopakiem, poznanym na last.fm, ale ostatecznie chłopak albo spanikował, albo faktycznie nie miał czasu. Jednocześnie, gdzieś tam po drodze, próbowałam się skupiać na pisaniu licencjatu, lecz różnie to z tym bywało. Nowe doświadczenia? Właściwie wszystko, co tu opisałam. Nigdy wcześniej nie byłam na koncercie tak sama, bez żadnych znajomych. A i tak się dobrze bawiłam.

Marzec
W Marcu byłam na koncercie kpopowym! Zaczynam od tego, bo to akurat początek miesiąca był. Czyli kolejny miesiąc w Warszawce. Wtedy też zgubiłam portfel, który, na szczęście odzyskałam. Wróciłam rozchorowana, ale czasami fajnie tak leżeć cały dzień w łóżku i nic nie robić. Jak jest się chorym, to przynajmniej ma się ku temu pretekst. Wtedy też miałam remont w mieszkaniu i na dwa tygodnie wyniosłam się do siostry. Po drodze odwiedziłam Julię w Poznaniu i poznałam (hehe) kilkoro jej znajomych, których wcześniej nie znałam. Byłyśmy razem na zlocie tomboy, jednocześnie będąc najmniej tomboyowe z całego towarzystwa. W Marcu zgodziłam się też na bycie współorganizatorką jednodniowego mangowego eventu u nas w mieście. Nowe doświadczenia? Sam fakt koncertu KPOPowego. Pierwszy raz jak coś zgubiłam, to to odzyskałam. ...chociaż nie. Kiedyś zgubiłam iPhone'a, ale po tygodniu też go odzyskałam. Zlot tomboy, no i ta zgoda na organizację eventu.

Kwiecień
Jak tak sobie o tym myślę, to w kwietniu nie działo się chyba NIC, wartego zapamiętania lub wspominania. Im bardziej wysilam swój umysł, tym mniej cokolwiek przychodzi mi do głowy. To wszystko dlatego, że zostały dwa miesiące do oddania licencjatu, a ja byłam, że się tak brzydko wyrażę, w dupie. Zero nowych doświadczeń.

Maj
Maj zaczął się wycieczką do Zielonej Góry. W drodze powrotnej zaczepił mnie jakiś przypadkowy mężczyzna, opowiadając o jakimś festiwalu piwa i zakończył do zaproszenie słowami "bierz chłopaka i idźcie!". Wtedy, będąc jeszcze sama, odpowiedziałam po prostu, że takowego nie posiadam, i kolejne słowa "To trzeba znaleźć!". Wtedy bym go jeszcze wyśmiała, ale dwa miesiące później faktycznie się znalazł. Lecz o tym później. W Maju dowiedziałam się też, że jednak nie zdam tego "pierdolonego licencjatu", więc generalnie, końcówka tego miesiąca była dość smutna. A do nowych doświadczeń mogę zaliczyć sam fakt wycieczki do ZIELONEJ GÓRY, czyli miasta, w którym wcześniej jeszcze nie byłam.

Czerwiec
W Czerwcu dostałam szansę na napisanie pracy na nowo. Teraz muszę powtarzać rok, tj. robić różnice programowe. Ogólnie bez sensu, ale przynajmniej promotorkę dostałam lepszą. Wtedy bardzo zacieśniłam swoje więzy ze swoimi chińskimi kolegami, bo oni mieli mi pomóc napisać pracę. W Czerwcu byłam też na imprezie urodzinowej u moich kpopowych ziomków. Było milutko. To był chyba jeden z niewielu miesięcy, w których żyłam w bardzo długiej zgodzie z moją mamą. Och, oczywiście wtedy wzięłam też udział w Nocy Kultury. Bardzo fajna sprawa. I widziałam na żywo Kasię Kowalską! Tak w ramach opolskiego festiwalu. Do nowych doświadczeń mogę więc zaliczyć to szalone "spotkanie".

Lipiec
W lipcu wyjeżdżałam do Holandii. Jakieś dwa dni przed wyjazdem mieliśmy świetną "imprezkę" pożegnalną z mangowymi ziomkami. Naprawdę miło ją wspominam i nawet dużo pamiętam. W Holandii już będąc, robiłam to co rok temu i trzy lata temu - pracowałam na lotnisku, dbając o czystość na pokładach samolotów. Poznałam też nowych ludzi, a w tym...właśnie...TEGO JEDYNEGO. A już naprawdę sądziłam, że nie ma dla mnie nadziei i jednak będę musiała polegać na opcji "Osoby w pobliżu" na WeChacie i spotykać się z randomowymi Azjatami. Nowe doświadczenia? "W sumie przy naszym drugim spotkaniu byliśmy już razem" - chyba tak.

Sierpień
Wciąż Holandia. Cały sierpień spędzony w jego towarzystwie. Amsterdam odwiedzony dwa razy. I dwa razy było miło. Po drodze zaczepiali nas jacyś dziwni ludzie. Jedni rozdawali mydełka, wyglądające jak cukierki. Inni próbowali wyżebrać pieniądze. A jeszcze inni wcisnąć nam kokę. Nie wiem czy przeżyłam wtedy jakieś, stricte, nowe doświadczenia, ale miesiąc sam w sobie był milusi.

Wrzesień
We Wrześniu byłam już w Polsce. Wtedy po raz pierwszy odwiedziłam też Belgię - Brukselę i Gendawę. Wróciłam też na chwilę do Holandii, gdzie wreszcie zwiedziłam Rotterdam. Generalnie, ten ostatni tydzień września był naprawdę przyjemny. I już opisałam swoje nowe doświadczenia. Poza tym, podobnie jak sierpień, cały wrzesień był miły. Musiałam go jednak spędzić bez mojego lubego, który postanowił zostać jeszcze w Holandii..

Październik
Wtedy on do mnie wrócił, co mnie bardzo ucieszyło. Wtedy też, razem z Julią, pojechałyśmy do Warszawy (ach, znów ta Warszawa!) na koncert Pianos become the teeth. Przeprawa do klubu trwała ogólnie dłużej niż sam koncert, ale ogólnie, bardzo mi się podobało. W październiku byłam też w Norwegii, również razem z Julią. Z nią to zawsze spędzamy ciekawie czas, gdziekolwiek byśmy nie były. Jednego dnia zostałam też zmuszona do pójścia do pubu na mecz, a kiedy wszyscy się cieszyli, że Polska wygrała, ja tylko się uśmiechnęłam i z udawanym entuzjazmem powiedziałam "Taaak". I jakoś to się tam dalej toczyło. O, i w sumie pierwszy raz spędziłam swoje urodziny tak, że ich nie pamiętam. A przynajmniej część swoich urodzin, bo owa "impreza" miała miejsce z soboty na niedzielę, a to w niedzielę miałam urodziny. W sumie nie ma czym się chwalić, jeśli chodzi o to "niepamiętanie".

Listopad
Czy coś wartego wspominania działo się w listopadzie? Ach, tak. Zrobili mi profesjonalny make-up i pierwszy raz w swoim życiu kupiłam krem za 90 zł. Skończył się kilka dni temu. Nigdy nie kupujcie kremów w takich cenach, bo nie starczą na za długo. Ale ja nie miałam wyboru. W listopadzie byliśmy też na spontanicznym wypadzie w górach. To była bardzo ciekawa wycieczka. Potem zrobiło się jakoś...nijakoś. O, zapomniałabym o jednym treningu cross fitu i potrójnej imprezie urodzinowej (PRZEBIERANEJ) w Czarnowąsach. Byłam Larą Croft. Haha.

Grudzień
Był chyba jednym z najbardziej dołujących miesięcy mojego życia. I nie mam nic więcej do dodania.

To by było na tyle. Życzę wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku. I spełnienia wszelakich postanowień noworocznych, o ile takowe zostały stworzone.
Sylwester chyba jednak spędzę w domu. Z Nim.
Nawet jak nie w domu, to na pewno z Nim.

26.12.15

Święta, święta...

...i koniec. Po 22 latach swojej egzystencji dochodzę do wniosku, że ten cały szał świąteczny jest, co najmniej, przereklamowany. Każdy, z kim rozmawiam, opowiada mi, że dni zlatują mu na siedzeniu w domu i jedzeniu. Żeby było ciekawiej, mało kto odwiedza swoje dalsze lub bliższe rodziny. Albo po prostu to zarówno ja, jak i moi znajomi, wiedziemy takie życia, że poza spędzaniem kilku godzin dłużej z rodzicami, rodzeństwem i dziadkami, o ile takowych jeszcze mamy i mieszkają razem z nami, nikt więcej nam do szczęścia niepotrzebny. A przynajmniej jeśli chodzi o rodziny. Muszę też przyznać, że tegoroczna Wigilia była o niebo lepsza od poprzedniej, bo tym razem nie chorowałam. Rok temu bardzo ciężko się jadło uszka, cierpiąc na brak apetytu, siedząc otulona kocem i z termometrem pod pachą, który wskazywał temperaturę wyższą niż stan podgorączkowy. Tegoroczną wigilię spędziłam z rodzicami, starszą siostrą i jej dziewięcioletnim synkiem. Nikt więcej nie przyszedł, bo nikogo więcej nie zapraszaliśmy ani nikt nie zapraszał nas. Ale tak jest chyba lepiej, prawda? Lepiej się popłakać w towarzystwie tych naprawdę najbliższych niż robić cyrki przy ciociach i wujkach, których się widuje raz do roku, o ile w ogóle do roku. Na pytanie ojca, co powinien mi właściwie życzyć, odpowiedziałam mu, że zdrowia psychicznego. I tego mi życzył. W końcu jakoś się uspokoiłam, może dlatego, że w tym roku dostałam naprawdę fajne prezenty. Może trochę ze mnie materialistka, ale jak się okazało, nic mnie nie cieszy tak jak długo oczekiwany przeze mnie komiks z Batmanem. Do tego puzzle i kalendarz z Avengersami, a na chwilę, gdy znów złapię doła pyszna chałwa i uśmiechnięty, pluszowy Szczerbatek. Z dumą będę nosić koszulkę z kotkiem, który bardzo przypomina Leo - kota mojej siostry. Wzbogaciłam się także o dwie figurki - kaczora i słonia - czyli kolejne dwa, trochę zbędne, ale wciąż ładnie wyglądające, przedmioty do tego, by mógł na nich osiadać kurz. Ciepłe skarpetki w serca, które mają na celu ogrzewać moje stopy w chłodne wieczory, kiedy to kaloryfer i kołdra z kocem już nie będą dawały rady. Krem do rąk o przyjemnym cynamonowym zapachu, bo ktoś chyba podsłuchał, że cierpię na jego brak. Ach, no i też coś za co wreszcie będę mogła sobie kupić jakieś ciuszki. No i, oczywiście, słodycze, lecz nie w takich ilościach, w jakich dostawało się słodycze za dzieciaka. Rafaello, duża Milka, już wcześniej wspomniana chałwa i kilka czekoladowych monet. Będzie czym zagryzać ewentualne smutki, choć na chwilę obecną, nie mam jakoś ochoty na słodycze. A i owe świąteczne obżarstwo też jest drobną przesadą, jak dla mnie. Mama nie będzie znosić jedzenia jak dla wojska, więc na stole wigilijnym znalazło się tyle, aby wszystko faktycznie zostało zjedzone. Jeszcze drugiego dnia na śniadanie wszamaliśmy uszka z pierogami, a dziś będziemy dojadać resztki z wczorajszego obiadu. Siostra już wróciła do siebie, tata pojechał do pracy, a mama się pochorowała. Ja zabijam czas długimi spacerami po swoim mieście, gdyż temperatura jest na tyle dodatnia, że mogę sobie na to pozwolić. Dziś znów to zrobię, przy okazji zahaczając o dworzec kolejowy. Nie, nigdzie nie wyjeżdżam. To ktoś do mnie przyjeżdża. W końcu. Po prawie dwóch tygodniach niewidzenia, zaczęłam odczuwać taką tęsknotę, że nie mogę nic zrobić, bo tylko myślę o tym, aby Go wreszcie zobaczyć. Dziw, że udało mi się do końca przeczytać ten Batmanowy komiks. Sobie sama sprawiłam książkę - "Chwile Ulotne" Neila Gaimana. Zbiór opowiadań, ale zaczęłam czytać pierwsze i przerwałam, bo...się właśnie rozproszyłam. Może dziś się uspokoję tak kompletnie. Będę się uśmiechać, nie będę już płakać. Poczuję się znów taka spełniona. A przynajmniej troszkę. Generalnie, po Wigilii przestałam czuć, że w ogóle trwają jakieś święta. Dziś czuję się jak w każdy normalny dzień. Teraz byle do obiadu, a potem się szeroko uśmiechnę.
Postanowienia noworoczne? Nie ma sensu ich tworzyć.

14.12.15

heart out

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że musi się zdecydować, czego tak naprawdę chce. Każdy z nas w końcu ma jakieś życiowe cele, które chciałby osiągnąć. Czy to teraz, czy to kiedyś. Wiadomo, będąc młodszym ma się nawet większe ambicje, więcej planów, patrzy się przychylniej na ewentualną przyszłość. A potem lata mijają, my stajemy się dorośli i połowa z tych planów, snutych za dzieciaka, sypie się całkowicie. Nie ukrywam, że moje pewne cele, które wymyśliłam sobie jakoś w gimnazjum, wciąż krążą mi po głowie, a ja wierzę, że prędzej czy później uda mi się je osiągnąć. O ile jednak wycieczka do Japonii może okazać się, wbrew pozorom, prostą rzeczą do spełnienia, gdyż wszystko jest kwestią znalezienia jakiejkolwiek pracy, odłożenia jakiejś tam kwoty i znalezieniem osoby towarzyszącej na taką podróż, o tyle napisanie książki zostanie urzeczywistnione dopiero wtedy, gdy znajdzie się motywacja. A motywacja czasem gdzieś tam jest. Gdy już kompletnie nie mam co robić, zdarza mi się przysiąść do laptopa i coś tam sobie naskrobać w tym wordzie. Innego dnia znów siadam, by to przeczytać, a wtedy dochodzę do wniosku, że to jednak jest kiepskie. I tak mijają kolejne dni. Jakimś tam bardziej przyziemnym celem, mniej poważnym i może nawet trochę płytkim, było odnalezienie tej drugiej połówki. Tak, chyba w każdym kolejnym wpisie będę gdzieś tam po drodze nawiązywać do tej osoby. Wczorajsze popołudnie dało mi jednak trochę do myślenia. Poznaliśmy się pięć miesięcy temu, a wiadomo jak to jest na początku. Pięknie i kolorowo. Trawa rośnie, ptaki śpiewają, tęcza pojawia się nawet, gdy nie pada. A potem zaczynacie się poznawać. Ile to pięknych słów usłyszałam na początku. Wciąż je słyszę, lecz nie są aż tak piękne, jak te wtedy. Czuję, że utknęłam w czymś dziwnym i jeśli ja się w jakiś sposób nie postawię, tak będę egzystować w związku, który od niedawna, nie sprawia mi żadnej radości. I o ile nie stronię od alkoholu, tak jednak zapijanie się w trupa co weekend, nie bawi mnie aż tak bardzo. To uczucie, gdy budzisz się rano i nie pamiętasz nawet, w którym momencie w ogóle poszłaś do łóżka, nie należy do najprzyjemniejszych. Tym bardziej, jeśli osoba obok której się budzisz, najchętniej by przespała cały dzień. Ale widzicie, problem we mnie jest taki, że nawet jeśli coś mi nie podpasuje, to ja wciąż będę biegać jak ten piesek na zawołanie pana. Ugotuję obiad, posprzątam, zapłacę za alkohol, którego nawet nie chce pić. Wrócę, choćby świat się miał walić i palić, to ja i tak wsiądę w ten cholerny pociąg. I takie to są właśnie efekty osiąganych przeze mnie celów. A ja w swoim domu tak często nie sprzątam ani nie gotuję. Chciałabym naprawdę być szanowana. Choć raz chciałabym zostać potraktowana tak jak moja najlepsza przyjaciółka, którą teraz traktuje się wręcz po królewsku. Chciałabym przyjechać, dostać ciepły, smaczny obiad, zostać przykryta kocem, kiedy powiem, że mi zimno, a jeszcze, żeby mi wręczono do ręki kubek z moją ulubioną herbatą. A mogłoby być nawet kakao. Albo kawa. Chciałabym obudzić się rano razem z tą drugą osobą. Otworzyć oczy w tym samym momencie, uśmiechnąć się do siebie i dać sobie po buziaku. Żeby to on wstał pierwszy, naszykował mi kąpiel, a w momencie, gdy będę zajmować łazienkę, on zrobi śniadanie. A po wspólnym śniadaniu obejrzeć jakiś film, a w ramach obiadu wyjść do jakiejś miłej knajpki, co by po drodze mieć jeszcze jakiś spacer. Bliżej wieczoru już nawet kupić po butelce piwa i usiąść na ławce w parku, by je powoli sączyć i rozmawiać o pierdołach. A przecież w październiku było tak miło. I choć jeszcze nigdy nie dostałam śniadania do łożka, tak tę parę razy potrafiliśmy się razem obudzić, wstać, napić gorącej herbaty, a potem wyjść do sklepu i wspólnie przyrządzić to śniadanie. A w przerwie od późniejszego oglądania filmu zrobić razem obiad. Nawet jeszcze sam wtedy mył naczynia. Wieczorem wyjść do pubu na mecz i wypić piwo, ale w kulturalnych ilościach. I w końcu wrócić do domu, i po prostu zasnąć w swoich objęciach. Ale jak już mówiłam...takie są początki, a potem ludzie się poznają. A ja w to brnę i jeżeli nic się nie zmieni, to chociaż ja będę musiała coś zmienić. Znów będę musiała coś zmienić w swoim życie. Także, takie to są cele, których spełnienie albo satysfakcjonuje nas na początku albo wciąż czekają na to, by je wreszcie spełnić. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Że pójdziemy w końcu razem na to lodowisko, że pozna moich rodziców, oni go jednak polubią i nawet, jeśli mielibyśmy zjeść obiad zamknięci w moim pokoju, to chociaż zróbmy to tak, żebyśmy patrzyli na siebie, a nie w ekrany komputera/telefonu. Chyba właśnie to jest jedna z tych rzeczy, o którą w tym momencie chciałabym poprosić Świętego Mikołaja. Szacunek i trochę więcej uwagi. I spełnienie chociaż kilku moich zachcianek.
Tyle na dziś.

9.12.15

settle down

Jakoś tak ostatnio się dziwnie dzieje. Tutaj, tam, wszędzie. Nie chodzi nawet o fakt, że ktoś mnie denerwuje, czyjeś zachowania sprawiają, że się smucę lub wściekam. Nie, nie. Czasem tak sobie myślę o wszystkim i o niczym, jednocześnie starając się pocieszyć samą siebie. Od dłuższego czasu miewam takie dni, kiedy tylko leżę i smucę się tak po prostu, bez powodu, gdzie inne mam takie, kiedy wspominam miłe chwile i uśmiecham się sama do siebie. Chociaż, nie rozkłada się to na dni, a zazwyczaj, nawet na godziny. Na przykład wczoraj. Wczoraj myślałam sobie o tej osobie, która, ostatnimi czasy, jest najbliższa memu serduszku i skutecznie daje mi do zrozumienia, że wcale nie jestem taka brzydka i beznadziejna, jak to czasem zdarza mi się pomyśleć o sobie. Chwilę potem myślę sobie z kolei o tym, że jestem "tą kolejną", ale podobno już ostatnią. Słysząc "A dlaczego miałbym się rozglądać za inną? Przecież lepszej od Ciebie już nie znajdę" myślę sobie, że może coś w tym jest. Jak to dobrze być, po tych, ponad dwudziestu, latach uważaną za tą najlepszą. Rzekomo idealną. Bo (podobno) dobrze wyglądam, (podobno) ładnie się uśmiecham, (podobno) mam wspaniały charakter i (podobno) nie marudzę, tak jak to kobiety mają w zwyczaju. Marudzę, owszem, ale z umiarem (podobno). Dziwnie mi jednak czasem z myślą, że przez większość czasu byłam taka niedoceniana. Przyjaciółki, wiadomo, powiedzą miłe słowa, ucieszą się, że jestem. Że napiszę. Że wpadnę w odwiedziny. A jak już upiekę ciasto, to tylko po nogach całować, ale jednak...kobiety lubią być adorowane. W większości przypadków. Nawet nie chodzi o to czy przez mężczyzn, czy przez inne kobiety, bo w dzisiejszych czasach fakt różnych orientacji seksualnych jest już normalnością. Miło czasem usłyszeć ładne słowa od osób, które mogłyby nas postrzegać jako ewentualne drugie połówki. Nie ukrywam, że faktycznie, mój chłopak nie jest pierwszą osobą, która darzy mnie komplementami. Mam jakieś tam kilka sytuacji z życia, kiedy różne osoby dawały mi do zrozumienia, że chyba jednak nie jestem im AŻ TAK obojętna, ale z reguły kończyło się tak...nagle. Tak jakby, właśnie tym osobom, właściwie na mnie nie zależało. Albo może to z mojej strony wyglądało tak, jakby to mi nie zależało. Jaki jest właściwie mój problem? No właśnie chyba taki, że mam tę smutną tendencję do porównywania się z innymi ludźmi. Pomimo faktu, że przecież każdy jest inny oraz każdy wiedzie życie na swój własny sposób, i robi takie rzeczy, które to tej jednostce sprawiają przyjemność, to mimo wszystko, czuję się gorsza. Czasami. Albo częściej niż czasami. Bo czasami się nie czuję. W zależności od sytuacji. 

Pierdolenie. Ale tak jakoś.
Nie ulżyło mi.