3.5.15

it's your anxiety

Czasami zastanawiam się, co ja właściwie robię ze swoim życiem. Jakby tak głębiej nad tym pomyśleć, to wychodzi na to, iż w chwili obecnej, to tak w zasadzie nic z nim nie robię. Jestem sobie tutaj, w tym swoim paskudnym, niby - fioletowym (tak, już fioletowym, ale odcień jest na tyle jasny, że wydaje się być jeszcze gorszy niż ten obrzydliwy błękit; z dwojga złego chyba jednak wolałam tamten) pokoju i próbuję ukończyć syzyfową pracę, jaką jest pisanie licencjatu. Mogłoby się wydawać, że to niby nic takiego, a jednak w jakimś stopniu jest ponad moje siły. Tak bardzo chciałabym mieć w sobie na tyle odwagi, aby naprawdę rzucić to wszystko i opuścić to miejsce raz na zawsze. Mam wrażenie, że gdybym mieszkała z dala od tego wszystkiego, tych wszystkich ludzi, tych obowiązków i innych rzeczy, które w pewien sposób wywołują na mnie presję, to żyłabym o wiele spokojniej. Tak przynajmniej sądzę. Sądziłam też, że mój humor przynajmniej odrobinkę się poprawił, ale niestety znów spadł do minimum. Nienawidzę tego uczucia, naprawdę nienawidzę być smutna. Wolę się cieszyć drobnymi rzeczami, czuć, że żyję, nie przejmować się głupotami. Tak właśnie było wczoraj. Jednodniowa wycieczka do Zielonej Góry okazała się być jak najbardziej udana. Towarzyszyła mi Julia, z którą naprawdę uwielbiam spędzać czas i każda chwila, jaką tylko mamy okazję spędzić razem jest przeze mnie jak najmilej wspominana. Czy to w Poznaniu, czy w Opolu, w Wilnie, czy w Zielonej. Zawsze coś się dzieje, potrafimy sobie jakoś ten czas zagospodarować. Jak sama Julia stwierdziła, wtedy jest tak beztrosko. A potem wsiadamy do pociągów i czar pryska. Okazuje się, że moje "piękne" miasto, ostatnimi czasy, naprawdę wpływa na mnie conajmniej negatywnie. Dlatego wiem, że już dłużej tu nie wytrzymam i jeżeli po zdaniu (o ile jest to w ogóle możliwe) tego "pierdolonego licencjatu" nie wyjadę z tego kraju, to przysięgam, że zwariuję. Wypadałoby znów zmienić coś w swoim życiu, bo to co dzieje się ostatnio tak strasznie mnie dobija. Czuję, że mogłabym osiągnąć wiele rzeczy, ale okazuję się być zbyt leniwa i za bardzo skupiać się na rzeczach, o których zdecydowanie myśleć nie powinnam. Wciąż, obviously, dręczy mnie jedna i ta sama sprawa, i czuję się wobec niej tak bezradna. Czasami wydaje mi się, że tylko ja podchodzę do tego w tak emocjonalny sposób, ale jeżeli nie powiem w końcu co wiem i co czuję, to nigdy się niczego nie dowiem. Czasem myślę sobie, że moja historia zakończy się tak jak ta w mandze "Croquis". Oboje byli w sobie zakochani, ale żaden z nich nigdy się o tym nie dowiedział. Jeden, ostatecznie, znalazł sobie dziewczynę, a drugi był sam. Ja, zapewne, będę właśnie tym drugim. Ile razy słyszę od kogoś "to trzeba znaleźć sobie chłopaka", to aż mnie krew zalewa. Kiedy zdaję sobie sprawę ze swojego akutalnego stanu, dochodzę do wniosku, że nawet jakbym miała szukać teraz kogoś na siłę w akcie desperacji, to w żaden sposób ten chłopak by mnie do siebie nie przekonał. Za bardzo się wciągnęłam w jedną rzecz i czuję, że z taką łatwością mi to nie minie. Czy ja jestem jakaś nienormalna? Z pewnością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz