25.4.15

i can count on you

Wciąż mam jakiś dziwny mętlik w głowie, związany z naprawdę różnymi sprawami, ale myślę, że z tych wszystkich spraw, w pierwszej kolejności powinnam się skupić na pracy licencjackiej. Trzy lata wytrzymałam na tej uczelni, zaliczałam wszystko, co musiałam zaliczać. Niektóre przedmioty z ledwością, ale grunt, że w końcu jakoś się udało. Poprawek się chyba nigdy nie uniknie, aczkolwiek ucieszyłabym się bardzo, jakbym w tym roku naprawdę zdała całą sesję za pierwszym razem. To samo tyczy się również licencjatu. Nie mam zamiaru znów stresować się poprawkami we wrześniu, bo na wrzesień to ja mam wielkie plany. Ale na razie nic nie mówię, co by przypadkiem nie zapeszyć. A i warto zaznaczyć, że owe plany i tak jeszcze nie są dopracowane. Chciałabym już przestać się przejmować wszystkim tym, czym przejmuję się teraz i wieść spokojne życie. Na pewno podejmę się pracy, którą, chcąc nie chcąc, i tak będę się przejmować, bo jednak takie rzeczy, wbrew pozorom, naprawdę mnie obchodzą. Jednakże wolałabym uniknąć leżenia na łóżku, gapienia się w sufit ze smutną miną i zastanawiania się 'a co, gdyby..?'. Jednocześnie odnoszę dziwne wrażenie, że pewna rzecz skończy się tak jak zwykle, czyli zupełnie niespodziewanie pewien kontakt zostanie urwany i tyle z tego wszystkiego będzie. Szaleję już z tego wszystkiego, choć wiem, że mogłabym sama powiedzieć, co o tym wszystkim myślę. Co tak naprawdę czuję. Takie rzeczy, proszę Państwa, takie rzeczy. Nie wiem już co mam myśleć, ale chyba wolałabym nie myśleć nic. Myślę, że wszelkie relacje międzyludzkie są dla mnie naprawdę trudne. Kiedyś bardzo zależało mi na tym, żeby na jakimś tam etapie się do kogoś zbliżyć, a jak już do takiego etapu doszłam, to zawsze się okazywało, że nie potrafię sobie radzić w takich sytuacjach. A przynajmniej nie do końca. A i warto zwrócić też uwagę na to, że owe sytuacje były dosyć...specyficzne. Właśnie dlatego nie jestem w stanie ostatnio oglądać wszelkich romantycznych filmów. To jest naprawdę dziwne, ale co ujrzę jakąś taką...ckliwą scenę, to momentalnie zaczynam płakać. Nawet nie chodzi o to, że jest mi smutno, bo niestety życie to nie komedia romantyczna. Właściwie to nie wiem o co chodzi. Wiem tyle, że film "Enchanted" uświadomił mi, co może być jeszcze przyczyną moich bólów żołądka. Wiedźma powiedziała "Dostaję zgagi od tego gadania o miłości", a ja poczułam, że coś w tym jest. Nawet lata temu, czyli w czasach, kiedy to co dzieje się w LoLu było mi w miarę bliskie, i kiedy to właśnie moje dolegliwości żołądkowe się pierwszy raz pojawiły, ktoś powiedział, że te bóle wzięły się właśnie ze stresu...spowodowanego tymi miłosnymi bzdetami. Widzicie? Ja to właściwie nigdy nie wiem na czym stoję. A teraz dodatkowo doszły do tego jakieś stany maniakalne i ja już zaczynam bać się sama siebie. Dlatego właśnie próbuję się znieczulić (nie wiem który raz to już gdzieś powtarzam), ale tak prawdę mówiąc, to postępy w tej kwestii są bardzo nikłe. Stety, lub niestety. Myślę o głupotach, zamiast zająć się poważnymi sprawami. W każdym razie, ten krótki okres, w którym miałam okazję doświadczyć różnych dziwnych 'związków-nie-związków' (rany, to zabrzmiało jakbym miała ich z 50) dał mi do zrozumienia, że jestem partnerką (bądź partnerem, lol) bardzo nieodpowiednią (/-im).
Co ja robię ze swoim życiem...
Cokolwiek się ze mną dzieje, mam nadzieję to w jakiś sposób poprawić, kiedy ten rok akademicki się wreszcie dla mnie zakończy. Czekam właśnie na to, a dodatkowo na Holandię. Tam, mimo wszystko, jest jakoś tak...beztrosko. Choć i tam bywa różnie, to człowiek jakoś tak mniej się wszystkim przejmuje. A może w moim przypadku, to kwestia tego, że nie mam tam obok marudnych rodziców? No i...marihuanę czuć niemalże na każdym kroku, hehe.
Tak naprawdę wciąż czekam jeszcze na coś, ale.. odnoszę wrażenie, że tylko ja podchodzę do tej sprawy tak emocjonalnie. Można by rzec, że nawet zbyt emocjonalnie. Co to się ostatecznie wydarzy, tego nie wie nikt. Ale... I can count on you, can't I?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz