9.10.14

Oda do ...

Jak wskazuje tytuł, dzisiejszy wpis będzie swego rodzaju odą do pewnej osoby. Choć może 'oda' to zbyt mocne słowo w tym przypadku, bo musiałabym wtedy zacząć dobierać słowa w taki sposób, aby pod koniec ładnie się rymowały, układać linijki w sposób taki, aby tworzyły swego rodzaju wiersz, ba, podzielić nawet na zwrotki tę i ową część. Do tego zaczęłyby dochodzić szczegółowe opisy adresata utworu, opis przeżyć wewnętrznych podmiotu lirycznego i wszystkie inne cechy, jakie taka typowa oda miała. Nie uważam się za wierszokletę, a nie chciałabym nikogo tutaj przypadkiem zawieść. Wiadomo jednak jak wyglądają moje tutejsze wypociny. To marudzę na jedno, to na drugie, czasem zdarzy mi się coś pochwalić. Nawiązuję często do różnych ludzi, nigdy nie wskazując kogo konkretnie mam na myśli, może bardziej dla własnego bezpieczeństwa. Bywały czasy, gdy co po niektórzy czytelnicy (a jest ich naprawdę niewielu, o ile w ogóle jeszcze jacyś są) zgadywali do kogo też mogłam pić, lecz mogło mieć to też zabieg celowy z mojej strony. Ta kwestia jest jednak nieważna. Ważne jest to, co dzisiaj chciałabym przekazać. Rok się znów prawie nie odzywałam, więc do przekazania mogłabym mieć naprawdę wiele. Jednakże, wszystkiego tego, co w ciągu minionego roku się wydarzyło streszczać przecież nie będę, a faktycznie, wydarzyło się naprawdę wiele. Jakbym zaczęła w skrócie opisywać co, jak, gdzie, z kim i dlaczego, to zapewne sama bym się pogubiła w pewnym momencie. Koniec więc tego zbędnego lania wody na wstępie, pora chyba przejść do konkretów. Czyli wrócić do tej naszej ody. Mojej ody. A bardziej do adresata owej ody. Miałam zacząć już na 'ty', ale kompletnie się pogubiłam. Ale właśnie o Tobie mówię, mój drogi kolego. Przyjacielu? Chłopcze? Mężczyzno? Cokolwiek. Prawdę mówiąc, nie wiem kim dla mnie jesteś. Znamy się dwa lata. Prawie. O tak! Niedługo stukną te równe dwa lata. To takie zabawne, że wciąż pamiętam tę datę. Albo i nie. Miesięcy wspólnych spędziliśmy w sumie dziewięć do pierwszej przerwy. Czyli jakieś dziecko było w drodze, ale chyba szlag je trafił. Bo kto zawinił? Ty? Ja? Oboje się do siebie nie odzywaliśmy. Taki żałosny powód, żeby przerwać tę jakże barwną znajomość. Minęło trochę czasu i została ona wznowiona. Luty? Pamiętam jak mi składałeś te mało entuzjastyczne życzenia w Walentynki, aczkolwiek z perspektywy czasu wyglądają one zabawnie. Rozumiesz, że za miesiąc minie kolejne dziewięć, jeżeli chodzi o wspólnie spędzany czas? Choć w tej drugiej turze, pojęcie 'wspólnie' jest bardzo względne. Miło było Cię zobaczyć po ponad roku nie widzenia. Wróć. Mi było miło, ale czy Tobie też? Wydawało mi się, że nie, ale mi się zawsze wydaje coś innego niż powinno. Albo i nie... Ale wiesz co? Przez Ciebie znowu mnie coś trafiło. Bo w tej drugiej turze było tak fajnie! Śmiałam się z Ciebie, czasami zapominałam, że istniejesz, cieszyłam się życiem (i wciąż to robię), wszystko znów było takie uroczo zwyczajne, bez żadnych zbędnych uczuć, czy innych takich głupot. I co? I CO? Wystarczyła jedna wizyta i uderzyło we mnie na nowo, jak grom z jasnego nieba. A pomyśleć, że już mi przeszło. Jeszcze trzy tygodnie temu czułam się taka wolna od wszystkiego. A potem wpadłam na ten szalony pomysł, no i tak to się potem wszystko kończy. Szkoda, że właśnie tak to się wszystko skończyło, ale mimo wszystko lubię gdy do mnie dzwonisz, nawet jeśli jest to 8:20 rano, a ja mam wolne. Lubię...NIE, KONIEC. Idź sobie ode mnie, zostaw mnie, ja nie mogę tak żyć. To wszystko jest jakieś nienormalne.
TO JEST NIENORMALNE, ROZUMIECIE?
Nienawidzę Cię, ale jednocześnie w jakiś dziwny sposób za bardzo się do Ciebie przywiązałam. Choć nie powinnam, choć rozmawiamy raz na tydzień, jak nie rzadziej, choć nie odpisujesz na moje wiadomości, choć rozłączasz się nagle, bo niby chcesz zrobić telekonferencję, choć...no właśnie.
I nie ma już tygodnia, jest po prostu nie-weekend, hej.
Podsumowując, jakby nie patrzeć, wróciłam do punktu wyjścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz