10.6.13

i'm sorry for falling for you

W moim życiu pojawiło się wielu ludzi. Tych ważniejszych i tych mniej. Lubiłam spędzać czas i z tymi, i z tymi, lecz wiadomo, że zawsze z większą chęcią przebywa się z tymi pierwszymi. Jeżeli miałabym być szczera sama przed sobą, to wydaje mi się, że tych naprawdę ważnych osób mam naprawdę niewiele, pomijając w tej kwestii rodzinę. Nie narzekam na to, bo w życiu chodzi chyba właśnie o to, żeby mieć wąskie grono przyjaciół, ale za to oddanych, dobrych i szczerych. Bywały jednak chwile, kiedy naprawdę nie wiedziałam, do kogo mogłabym się zwrócić ze swoim problemem. Kiedy już byłam w trakcie rozmowy, a akurat było mi źle, to akurat wykorzystywałam fakt i mówiłam, co mi na duszy leży. Nie zawsze jednak tak potrafię. Zwłaszcza, gdy dana osoba też w tym momencie ma swoje własne problemy. Generalnie rzecz biorąc wszelakie problemy życiowe oraz związki ludzkie są naprawdę pokomplikowane. Zresztą, nie muszę o tym sama pisać, gdyż zapewne, każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę z tych wszystkich dziwnych zależności. Kiedy analizuję swoje własne zachowania względem tych innych osób, a także względem samej siebie, dochodzę do wniosku, że chyba naprawdę jestem osobą samolubną. Albo egoistyczną. Tak naprawdę nigdy nie potrafiłam rozróżnić tych cech, a nie będę specjalnie teraz sprawdzać, jaka jest ta różnica. Ostatnio usłyszałam bardzo dużo miłych rzeczy od innych, ale wydaje mi się, że tak naprawdę nie zasługuję na to, aby mi to wszystko mówiono. Zaprzeczam tym samym sama sobie. Lubię być chwalona, nie ukrywam tego. Ale kiedy już faktycznie coś takiego ma miejsce, to nagle zdaję sobie sprawę z tego, iż zupełnie nie zasłużyłam na to, aby tak o mnie mówiono. I choć mam osoby, które lubią mnie uszczęśliwiać, tak mam wrażenie, że ja nie potrafię uszczęśliwiać ich. Tak naprawdę, jestem bezsilna w większości spraw. Boję się mówić o wielu rzeczach. Boję się pytać o niektóre rzeczy. Jeżeli chodzi jeszcze o te problemy, to najgorszą kwestią, na chwilę obecną, stała się takowa, że chciałabym, aby ktoś otwarcie powiedział mi, w jakim kierunku powinna zmierzać nasza relacja. Ja wiem, co czuję, ale to jest właśnie ta rzecz, o której boję się powiedzieć. Mogę rozmawiać o pierdołach, ale poważne tematy zawsze są najtrudniejsze. Zwłaszcza, że w tej relacji, takiego typu rozmowa jeszcze nigdy nie miała miejsca. I cieszę się, kiedy z tym kimś w ogóle rozmawiam, ale kiedy przez tydzień dzieli nas tylko milczenie, nie czuję się zbyt komfortowo. Jest to przykra rzecz i nie lubię swoich zmiennych nastrojów, powiązanych z tą sytuacją. Nienawidzę swojego nieskończonego oczekiwania na odzew telefonu i strachu przed napisaniem jakiejkolwiek wiadomości. Bo ja się nie mogę odezwać pierwsza, bo albo spotkam się z ignorancją, albo czeka mnie odpowiedź wypruta z jakiegokolwiek entuzjazmu. Są w życiu przypadki, nie mające najmniejszego sensu. Gdy tak sobie o tym myślę, stwierdzam, że nie lubię też tej swojej głupiej naiwności. Początki takich znajomości zawsze bywają takie przyjemne, aż w końcu nadchodzi moment, gdy wszystko jakoś tak nagle pryska. Po prostu. I teraz mogę sobie siedzieć i płakać, zastanawiając się, kiedy znów ta druga strona się odezwie. I gdy znów to nastąpi, znowu będę się cieszyć, jak głupia. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ostatnimi czasy tylko ta znajomość mnie uszczęśliwia. Chyba z czystym sercem mogę już stwierdzić, że jestem uzależniona i mam obsesję. Tak. Właśnie tak jest. I chyba wyleczyć się z tego nie da. A przynajmniej jak na razie. 
Bez sensu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz