16.6.11

Ooo.

Co za ironia. Nazwy trzech rzeczy, które od kilku dni wprowadzają mnie w fatalny nastrój zaczynają się na tą samą literę. O jednej próbuję nie myśleć i czasem mi to wychodzi, a czasem nie. Jedną staram się nie przejmować. A co do ostatniej, to mam teraz bardzo głęboką nadzieję, że nie zacznie znów zakłócać nam naszej idylli i do końca życia będziemy mieć spokój.
Chcę, żeby ten tydzień się już skończył. Zaczął się całkiem pozytywnie, a rozwija się beznadziejnie. To zabawne jak kilka rzeczy potrafi w jednej chwili zwalić się komuś na łeb i zakłócać wewnętrzny spokój. Ale zważają na fakt, że na początku było miło, to i koniec taki będzie. Chociaż ja już myśleć nie chcę o niczym. Chcę się skupić na tym co jest tu i teraz, nie patrzeć na to co mnie czeka. Przestać sprawdzać nałogowo skrzynkę mailową bo i tak nic mi z tego nie przyjdzie. Aktualnie wiem już swoje, więc po co mi wiedzieć więcej? Dlaczego jestem taka głupia i niepotrzebnie zadręczam się ludźmi, którzy świetnie się bawią w swoim towarzystwie, w czasie kiedy ja wgapiam się tępo w ekran monitora zastanawiając nad zachowaniami nie tylko swoimi, ale także innych. Tych bliskich i tych trochę mniej. A jak ktoś bliski niespodziewanie może stać się kimś dalekim? A właśnie tak, że zamiast być z nami jest w swoim własnym świecie z czymś innym. Bo najlepiej to jest myśleć o sobie, mając wszystko inne gdzieś. Niech jedzenie się psuje, podłoga jest brudna, a woda kolońska znika w taki, a nie inny sposób. Jak bardzo trzeba być na skraju załamania czy innej rozpaczy, żeby posunąć się do takich rzeczy. Ja też mam swoje problemy, a jakoś potrafię zachować poziom i nie sprawiam ludziom przykrości samym faktem, że stoję obok. Chyba.
Źle się czuję psychicznie i dlatego nie chodzę do szkoły. I to nie jest niczyja wina. Na pewno nie tych osób, które świadomie tak sądzą.
Winne jest moje okrutnie potraktowane serce. STOP. Ono w ogóle nie zostało potraktowane.
W sumie bez sensu.
Wrzesień, październik, listopad... tęsknie za tymi miesiącami. To ta część roku szkolnego, kiedy czułam się w miarę szczęśliwa i nie męczyły mnie myśli, jakie mnie męczą teraz. Chce się cofnąć w czasie. Najlepiej do czasów szkoły podstawowej, kiedy całe dnie przesiadywało się na podwórku, co środę kupowało się Kaczora Donalda, a co dwa piątki WITCHa.
Chcę znowu być beztroską kilkulatką, która nie ma o niczym pojęcia, a jej jedynymi problemami są nieudane rysunki, połamane kredki i momenty, kiedy rodzice nie pozwalają Ci obejrzeć kolejnego odcinka Twojej ulubionej kreskówki, ponieważ w tym samym czasie na innym kanale trwa emisja trzygwiazdkowego filmu.
Tęsknie też za dniami kiedy całymi dniami potrafiłam oglądać wszystko co się dało, żyjąc tym co się tam dzieje i również nic mnie nie obchodziło.
Muszę to znowu kontynuować.
Trudno. Najwyżej zostanę, jak to się mawia, no lifem.

In the dawn of the silvery day clouds seem to melt away

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz