15.2.11

Ferie.

Dobra, podaruje sobie już wszelkie tłumaczenia związane z moim sporadycznym pisaniem tutaj. Doszłam teraz do wniosku, że będę się tutaj po prostu wyżalać albo po prostu pisać rzeczy, o których chciałabym gdzieś opowiedzieć, a nie mam gdzie. Nie prowadzę pamiętnika, więc pozostaje mi blogspot. A skoro już go kiedyś tam założyłam, to wypadałoby raz na jakiś czas zrobić z niego pożytek, prawda? I nawet mi lżej z tą świadomością, że nikt tych wypocin nie czyta. A nawet jeśli czyta, a ja nic o tym nie wiem, to może nawet tak pozostać. Zależy kto to czyta. Jeżeli jesteś chłopcem, który ma koszulkę z katakaną, hiraganą, kanji czy innym hangulem, to napisz - chętnie przetłumaczę ów napis. Odnoszę wrażenie, że ostatnio coraz częściej bywam żałosna, ale ludzie nie mówią mi tego wprost. Potrafią powiedzieć, że sytuacja, której byłam głównym uczestnikiem to wiocha, ale nie przyznają mi wprost, że to co wyprawiam jest warte śmiechu. I to nie takiego śmiechu typu 'Ojej, zrobiłaś to! Nie wierzę!', tylko bardziej 'Boże, dziewczyno, jaka Ty jesteś głupia!'. Tak. I jeszcze obwiniam siebie za to, że wciągnęłam w to inną osobę i to ona bardziej powinna przeżywać tamten moment, w którym to ja powinnam była sama brać udział. Powinnam, pod tym względem, że tylko ja jedna mogłam się ośmieszyć. A teraz co? A teraz boli mnie serce. I nic nie pozwala mi zapomnieć. Nie, nie. Wspomniana wcześniej sytuacja, mimo tego co teraz piszę, była jak najbardziej pozytywna. Tylko, że jakby nie patrzeć, zrobiłyśmy z siebie idiotki. A mi teraz serce bije bardziej, niż wcześniej. Mam dwa tygodnie, żeby zapomnieć o 'ofierze' owego zdarzenia, ale obawiam się, iż to chyba mi nie wyjdzie. Nie zapomnę, póki stąd nie wyjadę. Albo nie poznam kogoś kto pozbył by się myśli o tym pierwszym. Nie lubię tego uczucia. Właściwie to czasami w ogóle nie chciałabym nic czuć. Pod względem sercowym. Już wolałabym być cały czas okładana jakimś pejczem niż czuć ten dziwny ciężar na sercu. A najsmutniejsze jest, gdy owe serce jest łamane. Nie, moje jeszcze nie zostało złamane. Nie w taki sposób w jaki ostatnio zostało złamane inne serce... Uch. Co za ironia. A wczoraj były walentynki. Wiecie co mnie jeszcze dręczy? Gdy się ma w takiej sprawie 'rywalkę', która jest Twoją dobrą koleżanką. I chyba właśnie dlatego wolałabym teraz zaśmiecać swój telefon zdjęciami Azjatów niż siedzieć na krześle i słuchać dołującej muzyki, zaprzątając sobie głowę tymi dwoma osobami.
Dobrze, chyba trochę mi przechodzi, zważając na fakt, iż nie siedzę już w milczeniu, tylko rozmawiam z kimś o przyziemnych sprawach. Lubie rozmawiać w takich momentach o przyziemnych sprawach bo dzięki temu przynajmniej na chwilę zapominam o tym, co mnie dręczy. Ale humor miałam dobry, tylko potem jakoś tak mi...spadła samoocena. Ale co o sobie sądzę, to już nie będę pisać publicznie. Nie chcę wyjść na jakieś zbyt samokrytyczne dziecko.
I chyba trochę odbiegam od tematu, jeśli sugerować się tytułem wpisu. Nagłówek taki, a treść pod nim zupełnie inna. Przejdźmy więc wreszcie do wątku głównego i przestańmy się dołować. Dla mnie ferie oficjalnie rozpoczęły się w dniu, kiedy to razem z dziewczynami zawitałyśmy do Komprachcic i świętowałyśmy 18kę 'mojego męża' (spokojnie, nie jestem w żadnym poważnym związku małżeńskim, a mowa tu o dziewczynie). Rozpoczęło się zupełnie niewinnie, daniem prezentu, śpiewaniem, podjadaniem żelek, potem tort, robienie zdjęć (aczkolwiek to trwało cały czas), oczywiście nie zabrakło alkoholu. Były tańce i gra w butelkę. I prawie nieustanne jedzenie. Szczerze? Ze wszystkich urodzin, na jakich miałam okazję być, te podobały mi się najbardziej. Dlatego sobotę uważam za jak najbardziej udaną. A latem powtórka. I będziemy oglądać wschód słońca :D W niedzielę dogorywałam i nic nie jadłam. Przepraszam. To przez tą pizzę po trzeciej w nocy. Wczoraj byłam na spacerze z moją M., dzisiaj w bibliotece z drugą M., a jutro na oglądanie 'Requiem for a dream' do trzeciej M. (dodam tylko, że dwie pierwsze M. mają to samo imię). No, a na resztę dni coś się wymyśli. Póki co, jest pozytywnie, pomijając ten mały szczegół. No cóż. Bywa.

1 komentarz:

  1. ta pizza była po 3 w nocy? ;o

    oj K... przecież Ty nie jesteś żałosna! Tylko zabawna na swój jedyny i NIEPOWTARZALNY sposób. Jestem zmuszona podkreślić niepowtarzalny, bo to jest niezaprzeczalny i bezdyskusyjny fakt. I proponowałabym wziąć przykład z M... i przestać się przejmować ową sytuacją. Poważnie Ci mówię ;) Baw się życiem i rób co chcesz robić, a potem nie rozmyślaj nad tym tylko żyj dalej... nie wiem, ale wydaje mi się, że to sprawa taka mało poważna, żeby poświęcać jej aż tyle czasu :)

    I Boże dziewczyno jaka Ty jesteś głupia! <3

    OdpowiedzUsuń