5.12.17

(Nie) Życie.

Ostatecznie stanęło na tym, że od pewnego czasu moje życie polega na wykonywaniu, mniej więcej, tych samych czynności. Co dwa dni, od wczesnego południa do ciemnej nocy, siedzę w pracy, a wtedy, kiedy mam wolne, bawię się w gospodynię domową albo w nastoletnią wersję siebie, tzn. wciąż tkwię na tym etapie, kiedy to oglądam/czytam gay stuff. Trochę mi smutno, że nie mam za bardzo z kim dzielić tej drobnej obsesji, gdyż wszyscy moi znajomi, w przeciwieństwie do mnie, wolą skupić się na poważnym życiu i poważnych sprawach - wykształcenie, praca, rodzina, socjalizacja lub coś w ten deseń. Ja wróciłam do punktu wyjścia i uciekam do świata fantazji, bo na chwilę obecną nie pozostaje mi zwyczajnie nic innego. Sama miałam się kształcić, uczyć czegoś, czytać mądre książki, ale jakoś nie mogę zdobyć motywacji. Z drugiej strony, czasami wydaje mi się, że chciałabym robić te "poważne rzeczy" bardziej po to, by przy prawdopodobnym najbliższym spotkaniu z którąś ze swoich koleżanek jakoś lepiej pochwalić się, czego to się nie studiuje, jak to się nie zdobywa wiedzy, nie jeździ po świecie, nie zdobywa nowego doświadczenia w taki czy inny sposób... Jedna robi doktorat, druga jeździ na konferencje... Ta po roku przerwy studiuje dwa kierunki, a tamta zaraz będzie myśleć nad tematem pracy magisterskiej. A ja? Podaję ludziom żarcie i od czasu do czasu robię drinki, których żaden szanujący się barman nie wypiłby nawet sam, a po pracy gapię się w ekran lub w kartki. Ja nie jestem zazdrosna, bardzo się cieszę, że osoby, które mogę uznać za bliskie dla mnie, kształcą się i rozwijają. Kibicuję im i życzę wszystkiego najlepszego, a jednocześnie wstydzę się samej siebie. Ile razy w ostatnim czasie słyszałam pytania o to, czy nie chcę wrócić na studia, lub temu podobnych. Z każdym następnym razem czuję się przygnębiona. Nie mam odwagi powiedzieć ludziom, że mi tak wygodnie. Kroci może i nie zarabiam, ale na rzeczy potrzebne, jak i drobne przyjemności mnie stać. Nie narzekam na brak czasu, bo w dni wolne mam go przecież mnóstwo. Czytam sobie to, co chcę, wtedy kiedy chcę. Oglądam to, co chcę, wtedy, kiedy chcę. Czasem coś narysuję, ugotuję, upiekę. Czasem wyjdę z domu, żeby nakarmić kaczki, ale co z tego? Stałam się człowiekiem bez pełnego wykształcenia i ambicji... Pomysłów na jakiś tam swój rozwój mam mnóstwo, ale chęci i motywacji brak, bo postawiłam na wygodę. A o wiele wygodniej zaszyć się w fotelu z kubkiem ciepłej kawy i czytać komiks niż poświęcić, przynajmniej, te dwie godziny w tygodniu na np. naukę japońskiego. Ech, tylko czy ja naprawdę chcę tak funkcjonować do końca życia?...
Wszystko wyjdzie w praniu.
Tymczasem wracam do moich codziennych obowiązków (bo przecież film się sam nie obejrzy, huh).