23.6.17

System of a down w Krakowie i Guns'n'roses w Gdańsku


Po raz pierwszy w historii tego bloga, decyduję się na sporządzenie relacji-nie-relacji z dwóch koncertów, w których miałam okazję wziąć udział w ciągu ostatnich kilku dni. Nie były to moje pierwsze koncerty w życiu, bo miałam okazję już zobaczyć Iron Maiden we Wrocławiu, KoRna i Megadeth w Łodzi, Neighbourhood (nawet nie wiem czy to dobrze napisałam; nie bez powodu nie mam tego dyplomu) w Poznaniu, Block B w Warszawie i jeszcze byłam też na kilku mniejszych koncertach mniej znanych zespołów bądź jakichś polskich, na których koncerty można wybrać się za darmo w ramach opolskich Piastonaliów, Otrzęsin studenckich, Dni Miasta czy WOŚPu lub też innych wydarzeń kulturalnych. Stwierdziłam jednak, że w tym roku pomiędzy tymi dwoma poszczególnymi koncertami miałam tak krótką przerwę, że aż zdecydowałam się to upamiętnić na tymże blogu. No i dwa tygodnie kombinowałam nad stylówą i zamiast siedzieć w pracy, biegałam po centrum handlowym (gdyż sama w owym centrum handlowym pracuję) i szukałam promocji. Nie była jakaś specjalna, ale wypadłam lepiej niż rok temu, gdyż nie gotowałam się w długich spodniach, chociaż akurat jeśli chodzi o System... no dobra, może zacznę faktycznie już "relacjonować".

SYSTEM OF A DOWN - KRAKÓW - 17.06.2017

Nasz super tour rozpoczęliśmy w sobotę. Trzeba było wcześne wstać, żeby się ubrać, zjeść, dotrzeć na dworzec i tak dalej. Pogoda nie była specjalnie zadowalająca, co mnie zasmuciło trochę, bo chciałam jechać w krótkich spodenkach, lecz ostatecznie uporałam się jakoś z tym problemem. 
Na dworcu autobusowym nas wywiało, dodatkowo zdenerwował też fakt, że Polski Bus ma w zwyczaju się spóźniać. Jakoś nie potrafię się do tego faktu przyzwyczaić, aczkolwiek autobus spóźnił się tylko pół godziny. Podróż przebiegła sprawnie i szybko, a my nie byliśmy też jedynymi pasażerami wybierającymi się na koncert, Co musiało być urocze, w podróży towarzyszył nam Kubuś, bo przecież my nie z tych niegrzecznych, mrocznych rebeli, którzy chleją już na trasie, co by ostatecznie samego koncertu w ogóle nie pamiętać. Tj. ja nie, co mój chłopak wyrabiał w przeszłości, to to się akurat do informacji publicznej nie nadaje. W każdym razie, cieszę się, że wywarłam na niego w końcu jakiś wpływ i mój luby wziął ze sobą Kubusia zamiast Leszka.
Szalony Kubuś w podróży
Nie ma co jednak zanudzać o szczegółach wszelakich, bo najważniejsze jest to, co działo się już na miejscu, czyli pod Tauron Areną. Okazało się, że nie mieli szatni, a depozyt kosztował 50ZŁ. Ja nie wierzyłam, kiedy ludzie mi to mówili, ale gdy usłyszałam to z ust niespecjalnie sympatycznej, podstarzałej pani...depozytorki (?), to uwierzyłam. Dużo później okazało się, że mogliśmy przyoszczędzić i pozostawić rzeczy w depozycie na dworcu, co kosztowałoby nas najwyżej 15 zł, a nie 50. 
Tauron Arena w Krakowie

Na miejscu było dużo mrocznych ludzi, no bo w końcu taki koncert. Ja sama zresztą nie lepiej wyglądałam, więc wpasowałam się w klimat. Ceny pożywienia i napojów były standardowe - od 8 zł wzwyż. Tj. ja patrzyłam głównie na napoje, czyli piwo za dyszkę, a kawa w kubeczku mniejszym niż te z automatów za 3,50zł kosztowała właśnie 8 zł. No cóż, ale w końcu po coś są te zakazy związane z nie wnoszeniem napojów i innych rzeczy, aczkolwiek ochrona przeszukuje te małe plecaczki i torebeczki w taki sposób, że można by upchać coś pomiędzy tymi wszystkimi sprzętami trzymanymi w plecaczku bądź torebce. Zwłaszcza damskiej. 
W związku z komplikacjami związanymi z ogarnianiem kasy na depozyt i korzystania z toalet w pobliskiej galerii "na zapas", nie dotarliśmy na pierwszy support, ale zdążyliśmy na drugi. Zespół Royal Republic, grający całkiem pozytywne kawałki, klimatem zupełnie różniący się od gwiazdy wieczoru. Najbardziej w pamięć zapadła mi piosenka, w trakcie której wokalista poprosił, by wszyscy mu wtórowali słowem DICK. Okazało się, że piosenka była o byciu uzależnionym od kogoś. (I'm adDICted to you.) Sam wokalista sprawiał wrażenia radosnego człowieczka i wygląda o wiele starzej niż w teledyskach, ale może to kwestia reflektorów. 
Generalnie to mieliśmy miejsca na trybunach, ale widoczność była całkiem w porządku. No i dało się oddychać. Na Block B w Palladium na przykład fanki mdlały, a na Megadeth dostałam z łokcia w splot słoneczny i momentalnie odczułam, że chyba już nastał kres mego życia. Na szczęście wciąż żyję, oddycham i mam się dobrze. (tylko dlatego, że nie byłam w pogo na Systemie)
Taki miałam widoczek.
Gwiazdy wieczoru zaczęły grać jakoś ok. 21. Warto zaznaczyć, że koncert zespołu System of a down 17.06.2017 roku w krakowskiej Tauron Arenie z okazji festiwalu Impact (dwa dni wcześniej z tej samej okazji i w tym samym miejscu występowali Linkin Park) był ogólnie ich trzecim koncertem w Polsce. Na pierwszym koncercie byli supportem na koncercie Slayera (!), gdzie nie przywitano ich zbyt ciepło. Z tejże też okazji na tegorocznym koncercie miała miejsce pewna akcja, o której wspomnę później. Drugi ich występ odbył się z kolei w roku 2013 w Łodzi. Wtedy też chciałam jechać, no ale budżet był za niski. Za to nikt już w nich wtedy nie rzucał wszystkim, co miał pod ręką. 
Setlista zgadzała się z setlistą znalezioną przeze mnie wcześniej na sestlist.fm, bo właśnie tak się zawsze przygotowuję do koncertów. Tak, odbieram sobie przyjemność z bycia zaskoczoną i powiedzenia do chłopaka "oooo, super, że właśnie grają "Psycho"! Kocham ten kawałek!". Ja po prostu siedziałam i tylko czekałam na ulubione kawałki, bo wiedziałam, że będą. Tym sposobem wściekle kiwałam się do m.in. "Psycho", "Deer Dance", "Prison", "Needles". Na "Chop Suey" wszyscy wstali. Nawet Ci na trybunach. No piosenka tak popularna, że jakby nie wstali, to chyba byłoby mi smutno. A śpiewanie do tego zawsze wygląda tak samo, czyli
WAKE UP ewusajkewsuadjhewjksa MAKE UP wquasdjkhweujksad SHAKE UP... i tak dalej.
No, przynajmniej w moim przypadku. No i też nie o teksty, a o dobrą zabawę tu chodziło. 
A kiedy zagrali "Bounce", to nawet się cieszyłam, że jednak nie jestem na płycie, bo to szalone pogo by mnie zniszczyło na pewno. 
Od początku koncertu gdzieś tam nad głowami ludzi latało kilka kolorowych balonów. Gdy doszło do "Hypnotize", tych balonów było o wiele więcej. I teraz zarzucę taką ciekawostką nawiązującą do tego pierwszego koncertu Systemu, gdzie zostali przysłowiowo wygwizdani. Jak już wspomniałam, System of a down jako support mrocznego Slayera nie spisał się zbyt dobrze, bo publiczność obrzuciła ich różnymi rzeczami i wybuczała. Gdy zjawili się po raz drugi w roku 2013 (patrzcie ile się wbzraniali przez powrotem do nas, ale ja tam się nie dziwię) ktoś rzucił balonikiem, gitarzysta zespołu - Daron Malakian - widząc ten balonik, powiedział szczerze coś w stylu, że lepiej by rzucali balonami niż resztkami jedzenia czy monetami. Tym sposobem w 2017 roku fani zorganizowali akcję "Weź balona dla Darona" i postanowienie było takie, by te baloniki rzucić w przestrzeń właśnie w trakcie piosenki "Hypnotize"
Weź balona dla Darona!
Ponadto fani świecili światełkami na tych wolniejszych utworach i wtórowali wokaliście przy poszczególnych fragmentach tekstów, aby wesprzeć wokalistę - Serja Tankiana - mającego problemy ze śpiewem. 
Podobało mi się zachowanie publiczności, sam zespół z kolei po prostu wszedł, zagrał, pożegnał się i wyszedł. Poważnie. Oni grali bez przerwy. Momentami nie nadążałam czy to jeszcze ten sam utwór, czy już kolejny. Energii mieli sporo, ale kawałki krótkie, więc sam koncert potrwał jakieś 1,5 godziny (a utworów poszło 30, także tego). Chwilami nie było słychać wokalu, ale z czasem jakoś się to ustabilizowało. System nie zrobił jakiegoś wielkiego show, ale nie o to też chodzi w tego typu koncertach. Ja i chłopak byliśmy zadowoleni, to na pewno. Wyśpiewaliśmy się, "wytańczyliśmy" (bo jednak przez część koncertu siedzieliśmy) i dobrze się bawiliśmy. Po zakończonym koncercie zebraliśmy nasze manatki i piechotką udaliśmy się w stronę dworca. Tam koczowaliśmy do 8:30, oczekując na poranny autobus. No ale było warto!

GUNS'N'ROSES - GDAŃSK - 20.06.2017

Niedzielę odsypiałam, w poniedziałek pracowałam, a we wtorek znów ruszyłam w Polskę, tym razem trochę dalej, bo do Gdańska. Tym razem pogoda dopisała bardziej niż w sobotę, w związku z czym nie nastawiałam się na groźne mrozy. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że nad morzem będzie trochę chłodniej niż na opolszczyźnie. I tak było. Wyjechałam z upału prawie 30stostopniowego ociekając potem, by wysiąść w miejscu, gdzie wiał przyjemny wiatr, a termometr wskazywał jedynie 22 stopnie. Nie o pogodzie miałam tu jednak prawić.
Do Gdańska wybraliśmy się, dla odmiany, pociągiem. Bo był bezpośredni i startował o takiej godzinie, że w samym Gdańsku byliśmy w sam raz. Tym razem nie towarzyszył nam już Kubuś, bo zepsuliśmy naszą "czystość" pijąc piwo wieczór wcześniej :/ No cóż, zdarza się najlepszym. Pomimo siedmiu godzin podróży, czas upłynął całkiem sprawnie. Po sobotnim koncercie byliśmy też mądrzejsi i nasze bagaże zostawiliśmy w przechowalni na dworcu, co wyszło zdecydowanie taniej. Nie chcieliśmy już ryzykować. 
Szybka Kolej Miejska zabrała nas oraz tłum pozotałych ludzi udających się w to samo miejsce, co my, pod sam stadion.
Znów nie wyrobiliśmy się na pierwszy support, którym była Dorota "Doda" Rabczewska wraz z zespołem Virgin. Ale może to nawet lepiej. Załapaliśmy się za to na kawałek Killing Joke i już wtedy było słychać, że z tym nagłośnieniem jest coś nie tak. Na tym koncercie mieliśmy z kolei miejscówki na płycie, ale tej dalszej i przez dobrą godzinę kiwałam się na palcach, starając się dostrzec przynajmniej włosy perkusisty. A właściwie to głowę, bo perkusista akurat włosów nie miał.
Mój telefon miał lepszą widoczność niż ja.
Gwiazda wieczoru, czyli Guns'n'roses rozpoczęła granie jakoś ok. 21 piosenką "It's so easy", które nie było w stanie rozruszać publiczności wśród której stałam. Serio. Jak ja jeżdżę na koncerty, a nawet nie znam piosenek, to gdzieś tam z czasem melodia wbija się w głowę, a ciałko samo się porusza do rytmu, a tutaj dziwnie się czułam, gdy skakałam i krzyczałam do "Better", a ludzie sztywno stali i nawet nie poruszali głowami. Dobrze, że chociaż oddychali, bo inaczej to bym się zmartwiła. 
Axl brzmiał bardzo dobrze, Slash dawał czadu, Duffa niestety średnio było słychać, bo jak już mówiłam - nagłośnienie na stadionie do najlepszych nie należało. Tym sposobem czasem gubił się wokal, a czasem dźwięk poszczególnych instrumentów, ale całościowo koncert wypadł naprawdę dobrze, gdyby właśnie nie to nagłośnienie. No i udało mi się w końcu stanąć w takim miejscu, że nie musiałam stawać na palcach, by ujrzeć chociażby tę szopę Slasha. 

Tutaj również miała miejsce pewna akcja, mająca na celu uczcić Chrisa Cornella. Axl na jednym z koncertów zagrał po raz pierwszy utwór "Black Hole Sun" z repertuaru Soundgarden, którego wokalistą był właśnie Chris i od tamtego dnia grał go później na każdym koncercie (warto nadmienić, że wokalista popełnił samobójstwo [prawdopodobnie] 17.05.2017r.)
U nas ten utwór również zaśpiewał i w jego trakcie wszyscy mieli odpalić latarki/zapalniczki. Ja odniosłam wrażenie, że ilość tych światełek była słaba, zważając na fakt, że sporo osób nagrywało, a że było dość ciemno, to używano właśnie flesza. Miałam też widok z płyty na trybuny. Kto wie, być może z trybun te światełka wyglądały lepiej.
Sam koncert potrwał prawie trzy godziny, co było bardzo satysfakcjonujące. Ja jako ja dobrze się bawiłam, miło było posłuchać głosu Axla na żywo, no i gry Slasha. Równie miło było wziąć znów udział w takim dużym koncercie, na starość będzie co wspominać :) 
Konfetti!
Po zakończonym koncercie scenariusz był podobny jak w Krakowie - piechotą na dworzec, odbiór rzeczy w przechowalni i czuwanie do rana. Polski bus przyjechał punktualnie o 7:30, za to we Wrocławiu był 15 minut później, a kolejny z Wrocławia spóźnił się ponad pół godziny. No ale podsumuję tak samo - warto było!

Dobrze było ruszyć się z domu po ponad pół roku siedzenia w nim i rozważania nad sensem życia. W środę wieczorem wróciłam do rzeczywistości, a dziś mam dzień wolny, by znów móc zamulać w domku i kontynuować owe rozważania nad sensem życia właśnie.
Przynajmniej mam ładne wspomnienia.

Dziękuję za uwagę.